Ilu gości nas odwiedziło

czwartek, 25 sierpnia 2016

Letnie wspomnienie.

W końcu.
W końcu udało mi się odhaczyć kolejną pozycję z niekończącej się listy "do zrobienia".
A w zasadzie, nawet dwie.
Przesiać zdjęcia i wybrać nasze najładniejsze, letnie wspomnienia.
Oraz odgruzować czterdzieści osiem koszyczków, pudełeczek i kosmetyczek w łazience.
Uffff...
Lepiej mi;-)





































wtorek, 16 sierpnia 2016

Uwielbienie dla sedesu.

Fryderyk od dwóch miesięcy swobodnie chodzi.
Sam.
Wszedł dzięki temu w fazę "chodzę i kombinuję", a ostatnio "kombinuję" łączy także z "demoluję".
Zatem.
Fryderyk na wolności, tzn. poza fotelikiem do karmienia oraz wózkiem, chodzi, kombinuje i demoluje.
Co o poranku, w zderzeniu z matkąbezkawy, skutkuje matkąznieogarem.
Bo matka chodzi i ogarnia, a ogonek ośmiozębny chodzi i demoluje.
Zjawisko to jednak, każda szanująca się matka zna.
Tutaj oryginalna nie będę.

Przejdźmy zatem do sedna.
To znaczy do sedesu.

Bo jest takie jedno miejsce.
Jedno jedyne.
Tak wysoce fascynujące, jak nic innego na świecie.
Bardziej niż pilot nawet do telewizora
Objawienie prawdziwe.
SEDES.

Sedes jest meeeega.
Bo na sedes mama siada, jak zdejmuje majtki.
?!
A potem wrzuca do niego papier.
I papier ten znika.
?!
I leci woda.
?!
Jeśli zatem mama wrzuca to i Frycek wrzucić może.
Co nieco...
I bynajmniej sam papier nie jest już namber łan.

Ale to nie wszystko.
Bo w sedesie oprócz wody są jeszcze inne, fajne rzeczy.
Takie kulki kolorowe.
Co można je cmokać jak mama się odwróci (tak, wiem hardcor - zeszłam na zawał w tym samym momencie, gdy gałki moje oczne połączyły się z mózgiem i nastąpił przekaz, co nastąpiło).

Czasami wyrastają też takie zielone galaretki...
Które superowo skrobie się paluchem.
I potem paluch pachnie.
Lasem.
Jak smakują?
A nie, do tego jeszcze nie doszliśmy.
Ale zapewne dojdziemy...

Także...

Kochane matki...
Przed kiblem strzeżcie swe dziatki!













poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Obsceniczna opowieść.

Uwaga, dziś będzie obsenicznie, bo rzecz traktuje o cyckach.
Przynajmniej w dużej części.
Golizna też będzie.
Dlatego, jeśli obrzydza Cię karmienie piersią - zaprzestań czytać już teraz lub zamilknij na wieki.

Mój Fryderyk ma czternaście miesięcy.
Nadal karmię go piersią...
Głównie w nocy.
Jedna, w porywach dwie pobudki na cycusia, ale jednak.
Gdyby rok temu, ktoś powiedział mi, że po tym wszystkim, co przeszliśmy podczas naszego cyckolenia, będę Go karmić do czternastu miesięcy, ryknęłabym gromkim śmiechem i rechotała przez kolejne dwadzieścia trzy minuty.
A jednak.
Jak wyglądały nasze "przygody" wiecie. A jeśli nie wiecie to dowiecie się tutaj - KLIK
W skrócie - tyrka z orką.
A ja jak taki kóń. Ktoś by powiedział - z klapkami na oczach.
Wiedziałam jedno - muszę karmić. Ile razy słyszałam - daj sobie spokój; już wystarczy; męczysz siebie i dziecko! Milion.
Ile razy w takich momentach para szła mi uszami z wkur...ienia - to tylko ja wiem. O huk wam wszystkim chodzi?! - wtedy myślałam i przysięgam, że do dziś nie mogę pojąć, dlaczego dla tylu ludzi karmienie piersią jest chorą fanaberią. Zwłaszcza, gdy maluch zaczyna samodzielnie jeść.
Tak!
W tych momentach czułam się, jakbym była psycholką, która jara się, że może małemu zapakować cycka do paszczy. Zaczynałam się nawet wstydzić... Wstydź się psycholko psychiczna
!
A ja po prostu, najzwyczajniej w świecie czułam intuicyjnie, że powinnam.
Bo to ja obserwowałam moje dziecko w każdej minucie, to ja widziałam niuanse w jego zachowaniu, jako reakcje na różne rzeczy, które spożywałam, a które dostawały się do jego organizmu, z moim mlekiem. To ja wysłuchałam mądrości dwustu lekarzy, których odwiedziliśmy. To ja przeanalizowałam ich argumenty i stosowałam ich zalecenia, widząc lub nie rezultaty. To ja wreszcie przestudiowałam trylion artykułów medycznych.
A potem mieliłam to wszystko w swoim umyśle, starając się złożyć puzzle w całość.

I karmiłam dalej.
Fryderyczek natomiast całkiem sprytnie mnie w tym wspierał... Grzecznie nie znosił wszelkich śmierdzących produktów mlekozastępczych i z uporem maniaka reagował wymiotnie na każdą z pojedynczych prób wpakowania mu butelki do buziola.
I całe szczęście.
Bo w końcu, gdy miał coś ponad pół roku, pewna starsza pani doktor rozwikłała zagadkę cierpienia naszego maluszka. Według niej Fryderyk miał nie w pełni rozwiniętą trzustkę, która z tego względu nie produkowała dostatecznej ilości enzymów trawiennych. Dlatego pokarm, który przyjmował Fryniu w zasadzie nie był trawiony i przyswajany. Ulegał natomiast fermentacji w jego jelitkach, podrażniał je, powodując permanentny stan zapalny, krwawienia, wzdęcia i wszelkie bolesne dolegliwości i przelatywał przez niego w postaci wody z pianą (piana powstaje w wyniku zmieszania  śluzu i gazów). Szczepionka natomiast jeszcze dobiła jelita...
Nasza wybawicielka zaleciła podawanie synkowi enzymów trawiennych, takich jak normalnie podaje się dorosłym.
Ale nie było lekko.
Kupiłam lek - przezroczyste kapsuły-giganty, a w nich granulat. Granulki miałam podawać przed każdym karmieniem, zmieszane z mlekiem, na łyżeczce.
Na początku Frycuś zwyczajnie się nimi krztusił. A ile razy próba aplikacji kończyła się zawałem matki.
W pewnym momencie zaprzestałam.
Cała ta teoria i ten lek taki przerażający spowodowały, że zupełnie mi to wszystko nie pasowało. Jednak pojechaliśmy wtedy do kolejnego konowała, ekhm tzn. lekarza  i gdy ten zalecił podawanie smecty...
A do tego wszystkiego Fryniu zupełnie stanął z wagą, choć i tak wcześniej do olbrzymów nie należał. Zrobiliśmy badania - wyszła anemia.
W pewnym momencie po prostu już nie mieliśmy wyjścia. Dzieciak wył, nie spał ani w dzień, ani w nocy, a my razem z nim. Krew była w kupci codziennie i zielona piana, ja jadłam ryż na wodzie, zagryzając ryżem na wodzie, bojąc się alergii pokarmowej u naszego klopsika, choć po odstawieniu wszelkich rzekomych alergenów, objawy i tak nie ustępowały.
I wtedy stwierdziłam, że skoro tamta lekarka nigdy mnie nie zawiodła, to i tym razem muszę jej zaufać.
Zawzięłam się.
Fryciu nauczył się łykać granulki.
Powoli zaczął się uspokajać.
Z dnia na dzień było odrobinę lepiej.
Kupki zaczęły się normować.
Razem z nimi nasze życie...
Fryniu zaczął jeść pokarmy stałe już bez takich silnych dolegliwości, zaczął przyswajać i przybierać na wadze.
A ja karmiłam nadal... Już na większym luzie.

Ale to nie koniec przygód.
Ooo nieee.
Gdy miał osiem miesięcy złapał pleśniawki.
Ja w ogóle nie wiedziałam co to jest. Nigdy nie oblizywałam smoczków, ani łyżeczek, Nacio też nigdy nie miał.
U Frynia pojawiły się, gdy podczas ząbkowania z uporem maniaka pchał do buźki WSZYSTKO (łącznie z kostką klozetową - oł jeee).
Obniżona odporność - złapał pleśniawy.
Ja skapnęłam się dopiero, gdy zaczęły mnie piec brodawki. Było już po ptakach. Z resztą - najczęściej pleśniawka infekuje dziecko i matkę. W paszczy pleśniawy, na cyckach ogień.
Jaaaazdaaaa.
I to dopiero była wisienka na torcie goryczy dotyczącej naszego cyckolenia.
Z pleśniawami walczyliśmy pół roku!
Nawraca dziadostwo jak diabli! Już nawet nie zliczę ile butelek nystatyny zużyliśmy, ile razy wyparzałam zabawki, staniki, łyżeczki i inne akcesoria.
Jestem pewna, że w tej sytuacji, gdy w zasadzie już nie wiadomo kto, kogo zaraża - nie jedna mama rzuciłaby cycek w kąt.

Ja jednak jak ten kóń...
Przetrwaliśmy i to.
Pomogła nam dopiero dłuuuuga kuracja homeopatyczna.
Fajne wskazówki znajdziecie także tu - KLIK.  A tu - KLIK taka tam pleśniawkowa anegdotka.

I karmię dalej...
Karmię, bo czuję, że to słuszne.
Bo mam taką teorię, że przy dzieciach nie należy z niczym się spieszyć. Ani ze spaniem we własnym łóżku, ani z nocnikiem, ani z przedszkolem, ani z odstawieniem cycusia. Nic na siłę.
Każde dziecko inaczej się rozwija, ma inne potrzeby i to ono powinno zadecydować czy jest gotowe na kolejny krok, czy nie. Obserwując mojego maluszka, cały czas miałam wrażenie, że bardzo mocno potrzebował tego cycusia. Nie potrafiłabym wydrzeć mu tego - co daje mu ukojenie, na siłę.
Cenę zapłaciłam wysoką, to prawda.
Ale zrobiłam to dla Niego - bo jestem jego mamą, kocham Go do szaleństwa i gdyby było trzeba, rzuciłabym się dla niego w ogień.

A teraz widzę, jak jego potrzeba cycusia słabnie. Z czterech, pięciu razy obecnie budzi się raz, czasami dwa, czasami wcale.

Ostatnio przebudził się już rano, a ja chcąc złapać jeszcze parę minut snu, postanowiłam podać mu cycusia. Dawno już nie pił mleczka tak świadomie, "na trzeźwo". Musiał być jeszcze zaspany, bo chwycił pierś i miętosząc ją jak zawsze ssał.
Przysnęłam.
Ocknęłam się po chwili.
Czuję, że maluch nadal pije. Jedną rączką "pompuje" cycusia, a drugą gładzi mnie mnie po brzuchu.
Cieplutka, dzidziusiowa rąsia na skórze...
Otworzyłam oczy.
I zobaczyłam najpiękniejsze, bystre spojrzenie pod słońcem, wlepione we mnie, jak w ósmy cud świata...
Ten poranek będę pamiętać już zawsze.

A wszystkim karmiącym mamom, życzę wytrwałości, siły i wielu niezapomnianych chwil, ze swoimi maluszkami.
Wesołego dnia karmienia piersią!
Alleluja!






niedziela, 3 lipca 2016

O tym jak Frycek najadł się proszku do prania...

Może będę nieskromna, ale muszę Wam wyznać, że zawsze uważałam się za osobę w miarę ogarniętą umysłowo. Nie to, że jakaś super inteligencja, ale w stopniu umiarkowanym, a może i ciut ponad to jak najbardziej.
Zawsze, to znaczy do czasu, gdy narodził się mój drugi syn Fryderyk. Ten to narzucił nową zupełnie normę... I uczy mnie każdego dnia, że powinnam starać się BARDZIEJ, aby dorównać jego sprytowi.
A nauka ta jest bolesna...

Jakiś czas temu wieszaliśmy w łazience pranie.
Ja i Fryderyk.
On uwielbia wszelkie prace okołopralkowe... Pralka jest jedną z niewielu rzeczy, które potrafią zatrzymać Go na dłuższą chwilę.
Tak też było tamtego dnia.
Frycuś wyjął całe wyprane pranie na podłogę, a ja z tejże podłogi je zbierałam i wieszałam.
Taka pomoc.
W pewnym momencie wygrzebał z wypranej sterty maleńką swoją skarpetkę i począł ja miętolić w paszczy.
Pranie złożone było z wyłącznie jego ubranek, wyprane w płynie do prania przeznaczonym dla niemowląt, złożonym głównie z mydła...
Niechaj sobie pociumka, chwila będzie spokoju, a chłodna, miękka skarpetka ulży małym, spuchniętym dziąsłom - pomyślałam naiwnie.
Rozwiesiłam pranie do końca.
Frycek w między czasie przemieścił się ze wspomnianą skarpetą do przedpokoju. Wzięłam malucha na ręce, bo zaczął kwilić.
- No chodź, mój maleńki, chodź z mamcią klopsiku kochany.- szepcę w maleńkie uszko.
I patrzę.
I widzę, że wokół mojego klopsikowego pysia roztoczył się błękit.
Błękit w postaci maleńkich paproszków w kolorze nieba.
Co to? - pojawia się w głowie pytanie, a matczyny umysł natychmiast wskakuje na najwyższe obroty, gdyż uruchomiona zostaje funkcja "dziecko w zagrożeniu". Tok myślowy, poprzez analizę minionych czterech minut doprowadza matkę do...
SKARPETY!
I wówczas w umyśle zasiana zostaje także idea - PROSZEK DO PRANIA!
Skąd takie skojarzenie?
To ja Wam powiem.
Skarpetka na bank była tą, która często zagnieżdża się w gumie, pomiędzy bębnem, a drzwiczkami. W tej samej gumie nieraz  zatrzymuje się także kapsuła piorąca, z połową nierozpuszczonej swej zawartości. Skarpetka wynurzała się w proszku z kapsułki, aby w takiej panierce trafić do fryderykowej paszczy.
Tak! Na bank! To dlatego On ssał ją z taką namiętnością!
Ha!
Wszystko jasne!
Jezusie nazarejski, ale jeżeli to proszek, to przecież mogło dojść do zatrucia!
Natychmiast chwyciłam za pieluchę tetrową, którą namoczyłam w ciepłej wodzie, wykręciłam i nawinąwszy na palec wskazujący wpakowałam do niemowlęcej buzi.
Wyjęłam.
Oglądam.
Błękit!
Wpakowałam jeszcze raz.
Błękit znowu! Dużo błękitu.
Trzeci raz wpakowałam do buźki całą prawie, trzęsącą się rękę.
Jeeeeezuuuuu!
Ileż tego on zeżarł!?
Dostałam zawału.
Ale musiałam otrzeźwieć, gdyż od tegoż w otworze gębowym gmerania Frycek puścił pawia...
Wiem, brzmi okropnie...
Ale w pawiu też błękit pływał!
Biegniemy do łazienki. To znaczy ja biegnę, a  Fryniu rozbawiony biegnie na mym biodrze.
Dopadam skarpety. Biała. Błękitu brak.
A więc oblizał ją całą, spożył proszek do ostatniego okruszka.
Skubaniec jeden.
Dopadam do kapsułek w pudełku. Biorę jedną i porównuję z błękitem na pielusze tetrowej, co nią w gębie niemowlęcej gmerałam.
No odcień ten sam.
Jak w mordę strzelił.
Identyko.
Zwariuję chyba.

Na to dzwoni moja przyjaciółka. Oj to dobrze. Niech ktoś trzeźwy na umyśle powie mi, co robić.
Co robić?!
- Spokojnie. Możesz na pogotowie zadzwonić i zapytać jakie jest zagrożenie zatruciem. Ja kiedyś dzwoniłam, jak w ciąży odkamieniacza się napiłam, jak mi Piotrek nie powiedział, że do czajnika nalał...I wtedy pani na pogotowiu podała mi numer do dyżurnego lekarza toksykologa.
Dzwonię.
- Halo. Pogotowie słucham.
No to tłumaczę, że dziecko, że pranie, że skarpeta i że proszek w końcu...
- A dziecko przytomne? Oddycha?
Jasne że przytomne. Właśnie wysypuje mi cukier z cukiernicy na blacie kuchennym.
- Tak, oddycha.
- A ile tego spożył?
Ile? Nie mam pojęcie ile. Tak na logikę, to pewnie niewiele, jeśli to tylko z tej skarpetki proszek był. Ale huk go wie.
- Nie wiem. Prawdopodobnie niewiele. Ale pewności nie mam.
- No to proszę obserwować, a jeśli będą jakieś problemy od strony układu pokarmowego, to proszę udać się do pediatry.
- Dobrze, będę obserwować...
Odkładam słuchawkę. Niby powinnam poczuć się uspokojona, ale czy jestem? Nie bardzo.

Dzwoni Gosia.
- I co? Co ci powiedzieli?
Opowiadam.
- Wiesz co, może ty lepiej zadzwoń na ten dyżur toksykologiczny. Odkopałam numer telefonu.
Dzwonię.
I opowiadam jak wyżej, że dziecko, że pranie, że skarpetka...
Pani doktor pyta o ilość spożytej substancji.
No nie wiem! Nie wiem na boga!
Choć na logikę, jeśli to ze skarpetki, to pewnie niewiele...
Pani doktor uspokaja. Że jeśli dziecko jest przytomne, oddycha, ma dobre samopoczucie, i piana nie dostała się do płuc, to należy jedynie obserwować...
Do płuc?! O Jezusie!
Żegnam się z miłą panią, życząc miłego dnia.
Odrobinę mi lepiej. Będę żyć. Prawdopodobnie.
Staję w przedpokoju, drapiąc się po głowie telefonem. Muszę zebrać myśli. Ogarnąć się muszę jakoś...
Mój wzrok zatrzymuje się na Frycku. Siedzi sobie i zerka na mnie swymi pięknymi oczyskami.
A w rączce trzyma błękitną, grubą kredę Nacia...
Którą namiętnie skrobie dwoma swymi dolnymi zębami...
A wokół ustek ma błękit...




Otóż umysł mój niewyspany, acz giętki

wtorek, 14 czerwca 2016

Wszystko mija.

Frycek strasznie dokazywał.
Późne popołudnie.
Śpiący był, bo rytm dnia całkowicie się rozbił przez wczorajszą podróż.
Wył.
Ubrałam go i ekspresem wpakowałam do wózka.
Po pięciu minutach na dworze zasnął.
Korzystając z niczym niezmąconej chwili samotności, wstąpiłam do kawiarni przy plaży.
Zmówiłam kawę.
I sernik.
Usiadłam na zewnątrz, żeby się nie zgrzał.
Opatuliłam mojego łobuza w wózeczku i odwróciłam od wiatru.
Wtopiłam się w wygodną sofkę.
Czillll.
Na reszcie bezkarnie mogę pogrzebać w sieci...
Podjechał samochód.
Facet zaparkował.
Otworzył drzwi.
I w sekundę z mojego błogostanu wyrwał mnie przeraźliwy płacz niemowlęcia
Wrzask w zasadzie z piskiem.
Taki płacz okrutny, że od razu widzisz trzęsącą się niemowlęcą bródkę.
Gapię się więc, choć zwichrowana psychika krzyczy: WIEJ!
Bo natychmiast w wyobraźni pokazały się stop klatki z minionego roku. Te setki, tysiące godzin, w których ostatkiem sił, starałam się ukoić niekończący się niemowlęcy płacz .
Rano, wieczór, we dnie, w nocy.
Instynkt za to szepcze: płacze dziecko. Płacze dziecko. Trzeba ratować. Trzeba utulić...
Zwycięża natomiast rozum.
Zostaję.
I patrzę, brodę schowawszy w kołnierz kurtki.
Z samochodu facet wyjmuje fotelik, a w nim niemowlaka. Stawia na ziemi, a niemowlak drze się w niebogłosy i wierzga chudymi girkami odzianymi jedynie w śpiochy.
Facet nie zwracając zbytnio uwagi na wrzask, wyjmuje stelaż od wózka.
Powoli, bez stresu. Jak to facet.
A ja czuję, jak w gardle rośnie mi klucha.
Facet natomiast wypuszcza z samochodu trzylatka. Chłopiec podbiega do fotelika i zagaduje do krzykacza.
Cudowny widok...
Ojciec niczym automat wpina fotelik z wierzgającym krzykaczem w stelaż. Przykrywa małego jakąś mikro szmatką, drugiego małoletniego bierze za rękę i idą.
W stronę plaży.
Popatrzyłam na mojego syna, który spał w najlepsze z miną anioła.
Uffff.
Boszzzzz. Jak to cudownie, że TO już za nami.
Teraz to już musi być tylko lepiej.
Łyknęłam kawki.
Wtuliłam twarz w postawiony kołnierz kurtki po sam nos.
I wróciłam do internetowego odmóżdżania.

sobota, 4 czerwca 2016

Marzenie.

Mało mam marzeń.
Tych materialnych.
Serio.
Moje marzenia zawsze krążyły bardziej wokół być, niż mieć.
Być mamą.
Oj o dziecku marzyłam bardzo.
Potem o drugim.
Żyć jak najdłużej.
Uniknąć wojny.
Strasznego cierpienia.
Zobaczyć Nowy York.
Pojechać na koncert Florence.
Zostać pisarką i ukrywając się przed światem, pisać w domku na plaży w Malibu.
O zdrowiu moich bliskich marzę bardzo mocno.

Ale z rzeczy materialnych?
No dobra.
Od lat marzy mi się torebka Louis Vuitton.
Ta najbardziej klasyczna.
Oprócz torebki jeszcze taki podniszczony przedwojenny, kuchenny stół na białych toczonych nogach, ze zniszczonym drewnianym blatem.
I nowy, wypasiony aparat.
Może jeszcze buty od Manolo Blahnika.

I w zasadzie to wszystko.


Natomiast pewnego dnia natchnęłam się na to zdjęcie...




Zwariowałam, oszalałam i przysięgłam sobie, że też będę mieć taką ścianę.
MUSZĘ.
Koniec i kropka.
Chwilę to trwało...
Aż w końcu MAM.
I powiem Wam, że cudownie smakuje to uczucie.
Bo smak spełniającego się marzenia,
jest absolutnie wyjątkowy.











Spełnienia marzeń Wam życzę!