wtorek, 31 lipca 2018

Zdjęcie.

Z tym zdjęciem to było tak, że miałam prawdziwą wizję. Dostaliśmy w Akademii Fotografii zadanie i trzeba było wymyślić koncept zdjęcia, aby spełniało pewne warunki. Na szczęście miałam wizję;-) Tak mówię wtedy, gdy wpada mi do głowy jakiś pomysł, który mnie nieprzeciętnie zachwyci i którego jestem absolutnie pewna.

Na zdjęciu mieli być moi podobnie ubrani chłopcy trzymający się za ręce, w tym uścisku miał brać początek czerwony sznurek z czerwonym balonem na hel w kształcie serca, który unosi się pionowo nad nimi, a wszystko na neutralnym, naturalnym tle - dużej przestrzeni. Do tego światło zachodzącego słońca, miękkie i ciepłe.

Mąż miał mnie odebrać od znajomej, zwarty i gotowy, z dziećmi umytymi i przebranymi.
Podjechali.
Mąż zwarty - jest.
Dzieci w fotelikach. Czyste i przebrane - są.
Balon serce - jest.
Zachód słońca - prawie.

Wchodzę do samochodu, a tam dwa psy. Nasza Lusia oraz suczka teściowej, przebywająca u nas na urlopie. Z okresem.
Tutaj powinnam nadmienić, że robienie zaplanowanej sesji zdjęciowej dzieciom wymaga ogromnego zapasu cierpliwości oraz spokoju wewnętrznego, niczym u sapera. Jeden krzywy uśmiech, o ton podniesiony głos i po tobie - zdjęcia szlag trafia, bo smutne i zestresowane dzieci na zdjęciach są totalnie niefotogeniczne.
Nauczona doświadczeniem, wiem to doskonale, zatem wsiadłam do samochodu raczej pogodnie...
Patrzę do tyłu - Fryniu śpi. Kurrrr... by zapiał. Taka krótka drzemka nie wróży dobrze. Przecież naczelna zasada wychowywania dzieci mówi - NIGDY NIE BUDŹ ŚPIĄCEGO DZIECKA...
I chyba nie muszę tutaj niczego nikomu tłumaczyć.
Dobra. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Jedziemy.

Dojechaliśmy na miejsce. Obudziliśmy Frynia.
Był złyyyyyy.
Psy wybiegły. Nacio trzyma balon. Tata trzyma jęczącego Frynia na rękach.
Idziemy.
Usiedliśmy na polanie, przy miejscu, gdzie startują małe samoloty i szybowce.
Wzięłam Frynia na ręce, aby go nieco poprzytulać, udobruchać.
Nie działa.
Piciu - nie działa.
Batoniczek - nie działa.
Fuck!
Suczki zwiały do jakiś ludzi z psami. Przypominam, że jedna z okresem...
Wróciły.
Ufff.
Ustawiam aparat.
Ustawiam dzieci.
Wręczam balon.
Nadbiega pies. Duży i radosny. I to chłopczyk. Nasze dziewczęta zachwycone. Podskakują radośnie. Idealnie w moim kadrze. Moi chłopcy stoją znudzeni. Miny nietęgie. Frycek naburmuszony. Wiatr wieje, a balon w leci bok.
Pstrykam w desperacji.
Wychodzi tragedia. Karykatura mojej wizji.
Proszę chłopców. Błagam, żeby jakoś się rozchmurzyli, że to tylko chwilka będzie... Tak bardzo marzę o tym zdjęciu.
Męża błagam, aby zapanował nad naszymi dzierlatkami i ich księciem.
Biorę głęboki oddech, starając się siłą woli utrzymać balon w pionie, a swoje nerwy w ryzach. Wyczekuję moment i..... Pstrykam niemal na oślep.
Potem, gdy z duszą na ramieniu przeglądam zrobione zdjęcia, okazuje się, że coś wyszło. Nie ukrywam, że sporo odbiega od pierwotnego zamysłu... Ale przywykłam już przecież do faktu, że przy dzieciach, to sobie najwyżej można zaplanować...
kolejną sztukę ! ;-D



Fryniu i kawaler naszych dziewcząt.



czwartek, 19 lipca 2018

W kawiarni.

Kiedyś usłyszałam takie zdanie: "jeśli chcesz dowiedzieć się, jaki będzie facet w związku, zaobserwuj, jak traktuje swoją matkę."
Nie wiem, czy to prawda... Pewnie ile przypadków, tyle zdań na ten temat.

Mój mąż ma wyjątkową relację ze swoją mamą. Przyjaźnią się. Są dla siebie wzajemnym wsparciem. A czasami, jeśli nie mają okazji zobaczyć się przez dłuższy czas, umawiają się w kawiarni i wówczas omawiają wszystkie zaległości. Serio.
Jesteśmy razem od wielu lat i zawsze byłam pod wrażeniem tej relacji.
Pewnie, że bywałam zazdrosna!
To naturalne. Ale nigdy, przenigdy nie śmiałam stawać na drodze tej przyjaźni, która była tak silna, że z założenia nienaruszalna.
Muszę jednak dodać, że mój mąż nigdy też nie wywyższał jednej z nas nad drugą. A przynajmniej się starał. Jego relacje z nami obiema były po prostu inne.

Teraz, gdy mam dwóch synów, tym bardziej jestem pewna mojego stanowiska, że żadna kobieta nie powinna stawać pomiędzy synem a jego mamą. Ta więź, jeżeli uda się matce ją mocno zakorzenić i zbudować, jest absolutnie święta. Wiadomo - matka nie powinna stawać pomiędzy małżonkami, to oczywiste. Jednak już tak oczywistym dla wielu kobiet nie jest, że żonie nie wolno wymagać od męża, aby porzucił swą matkę.

Moja więź z moimi chłopcami jest bardzo ścisła. Budujemy ją od pierwszego wejrzenia. To jasne, że gdy są jeszcze mali, mama jest dla nich numerem jeden. Potem, gdy zaczynają dojrzewać, odsuwają się znacznie. To naturalne, choć totalnie nie wiem, jak to zniosę. Matko Jedyna czuwaj nade mną! Jednak sądzę, że więzi matka - dziecko nie da się ot tak zlikwidować, albo rozciąć, a finalnie o wszystkim zapomnieć. Liczę na to, że ta więź, pomimo fizycznego rozdzielenia, czyli wyprowadzki, uniezależnienia się synó, założenia ich rodziny, przetrwa. Bo jest ABSOLUTNIE WYJĄTKOWA.

Byłam dziś z Fryderykiem w kawiarni.
Chodzę z moim trzyletnim synkiem do kawiarni regularnie. Najczęściej do takiej z kącikiem dla dzieci. Sam na sam. Zamawiam sobie kawkę. Wspólnie jemy lody. Siadamy przy okrągłym, dziecięcym stoliku. Siorbię kawusię i rozmawiam z moim synkiem. Albo kolorujemy malowanki. Albo układamy klocki. No dobra, święta nie jestem, czasami zerkam na instagrama. Uwielbiam te chwile. Uwielbiam jego towarzystwo. A On jest zachwycony, że mama w końcu nic nie robi i całą uwagę skupia na Nim. Ten zachwyt i dziecięca wdzięczność choćby w spojrzeniu, zawsze mnie rozbraja.
Dziś do tej kawiarni prawie biegłam. Mamy do niej spory kawałek piechotą. A ja obiecałam Fryniowi rano, że pójdziemy. Kupiliśmy z tej okazji nową malowankę... Zapakował sobie plecak.
Siąpił deszcz, a za niecałe dwie godziny miałam spotkanie. W chacie zostawiłam poranny sajgon.
Ale musiałam.
Bo obiecałam.
Dla niego.
I dla siebie samej...

piątek, 6 lipca 2018

Rozdzielenie.

Zawsze miałam problem z przemijaniem.
Kiedyś oglądałam taki film, w którym ludzie mieli na nadgarstkach coś na kształt liczników. Liczniki odliczały sekundy, minuty, godziny, dni i lata życia, które zostało ich właścicielowi. Czas był walutą. Mogłaś mieć mało czasu i żyć z dnia na dzień, zdobywając go tylko tyle, aby przetrwać kolejnych kilka godzin, a mogłaś też zdobyć zapas nawet kilkuset lat.
Film dobry, natomiast odkąd poznałam tą koncepcję, uświadomiłam sobie, że tak naprawdę każdy z nas ma założony taki licznik. Tylko nie dano nam możliwości ingerowania w ilość przypisanego nam czasu.

Od kilku tygodni trawi mnie poczucie straty. Dotyczy to dzieci, a w szczególności Fryderynia. Niemal codziennie mam poczucie, że wymyka mi się między palcami. Że go tracę... Czasami doprowadza mnie to do takiego niepokoju, że muszę sobie uświadamiać, że nic się nie dzieje, że mój chłopczyk jest zdrowy, malutki i słodki i nie przestanie taki być tak z dnia na dzień.
A jednak.
Kiedyś przeczytałam takie stwierdzenie, że umieramy każdego dnia. Codziennie jesteśmy już innymi ludźmi. Innymi o miniony czas, o doświadczenia. Bardzo jaskrawo widać to na dzieciach.
Miałam kiedyś słodkiego dwulatka o imieniu Natan. Był rozkoszą wcieloną. Uczepiony mojej spódnicy i wpatrzony we mnie jak w obraz.
Jego już nie ma.
Mam nadal syna Natana, ale obecnie jest zupełni innym młodym człowiekiem, niż pięć lat temu.
Tamten maluszek się skończył...

Obecnie mam także słodkiego trzylatka. Jestem w nim absolutnie zakochana. Uwielbiam jego WSZYSTKO. I najchętniej połknęłabym go i trzymała w brzuchu. Żeby taki został...
No właśnie. W brzuchu.
Chyba wczoraj uzmysłowiłam sobie, o co mi tak naprawdę chodzi.
O WIĘŹ.

Gdy test pokazuje dwie kreski, dowiadujesz się, że masz w sobie ziarenko, które będzie kiełkować. Dla niego jesteś całym światem. Ono jest w Tobie, czyli najbliżej jak się da. Potrzebuje Cię.
Potem, gdy przychodzi na świat, przestaje być w Tobie, ale mimo wszystko jesteś dla niego NAJWAŻNIEJSZA.
Jesteście bardzo blisko. Praktycznie cały czas. Aż momentami bywasz zmęczona tą bliskością. Zależnością.
Gdy zaczyna się rozwijać, momentami marzysz o krótkiej rozłące. Żeby poczuć niezależność...
Relacje mamy z maluchem bywają oczywiście różne. Mnie w końcu udało się osiągnąć taki stan, że nie mam ochoty się rozłączać. Praktycznie w ogóle. Znamy się jak łyse konie i nieźle dogadujemy. Póki co. Uwielbiam tego małego człowieka na etapie, na którym jest. I nie chcę go żegnać...

Chodzimy z Fryniem raz w tygodniu do Leśnego Zakątka na takie zajęcia, nazwijmy je przed przedszkolne. Mamy zostają na tych zajęciach, ale dzieci robią swoje z Panią Edytką, a mamy mają czas, żeby pobuszować po sklepach internetowych lub zwyczajnie popitolić.
I kiedy ostatnio tak sobie pitoliłyśmy właśnie przed Zakątkiem, o tych naszych nieopierzonych kurczaczkach, jedna z mam rzuciła swoją refleksję, że nasze maluchy wchodzą w etap usamodzielniania i gotowości do rozdzielenia się od mamy i stanowienia osobnego bytu...
No tak! - pomyślałam. Stąd moje wewnętrzne niepokoje.

Gdy dzisiaj rozmyślałam na ten temat, wyobraziłam sobie matkę i dziecko w pewnej pustej przestrzeni. Najpierw są jednością, natomiast wraz z upływającym czasem oddalają się od siebie coraz bardziej. W zasadzie oddala się dziecko. Mama stoi i patrzy jak dziecko odchodzi. Ich drogi rozchodzą się. Mama przestaje być całym światem, przestaje być jedyna, najważniejsza.
Jakież to przykre, prawda? Tak bardzo potrzebujemy być kochane, ważne. Potrzebujemy bliskości, lubimy mieć wszystko pod kontrolą. Najpierw natura od nas tego wymaga, tak jesteśmy zaprogramowane, aby chwilę później musieć wybić sobie to z głowy i zaakceptować rozłąkę.
ZAAKCEPTOWAĆ kochane mamy. Niestety w całej tej beznadziejnej sytuacji, nie pozostaje nam nic innego. Musimy to zrobić dla dobra naszych dzieci. I jeszcze najlepiej nie mieć oczekiwań...
Póki co, wyłączę komputer, światła są już pogaszone, i wtulę się w to ukochane, maleńkie ciałko, które śpi koło mnie spokojnie od dwóch godzin. Pogłaszczę jego miękkie loki, ujmę jego ciepłą rączkę w moją dłoń i zasnę.
W poczuciu szczęścia, że jeszcze przez moment mogę mieć mojego synka  tak blisko.




Tych chwil, na cycusiowej sesji zdjęciowej, które uwieczniła 
nie zapomnę nigdy.



czwartek, 28 czerwca 2018

piątek, 22 czerwca 2018

Ja - Marta, moje dzieci i obce miasto.

Przez minione lata urlop spędzałam w różnym towarzystwie. Jeździłam z dziećmi i koleżankami i ich dziećmi i ze znajomymi i siostrą i z mężem mym też się zdarzało i jego bratem i naszą szwagierką i teściową i ciocią i w ogóle w przeróżnych konfiguracjach... Bywało różnie. Raz lepiej, raz gorzej, jednak łatwo i bezproblemowo nigdy.
Tym razem los tak poukładał sprawy, że część urlopu przyszło mi spędzić samej z dziećmi. SAMEJ! Ja - Marta, moje dzieci i obce miasto. NIKOGO znajomego. NIKOGO dorosłego! Trzysta kilometr ów od domu. Zdecydowałam się jednak na ten krok, bo pozostać w domu przez własne ograniczenie? No nie, to byłoby nie w moim stylu.
Dzień przed wyjazdem jednak chodziłam jak struta. Noc przed wyjazdem - prawie nie spałam.
Mąż przywiózł nas na miejsce, rozpakowałam manele, kilka godzin spędziliśmy razem i w końcu nadeszła pora pożegnania.
Pojechał.
Zakluczyłam drzwi.
Był wieczór.
W głowie znowu pojawiły się te myśli: Ja - Marta, moje dzieci i obce miasto. NIKOGO znajomego. NIKOGO dorosłego!
Zaczęłam się najzwyczajniej w świecie bać.
Z drugiej strony jednak poczułam dziwną ulgę. Ja - sama, zależna tylko od siebie, wolna od ograniczeń. WOLNA!
Pogadałam ze sobą, ustawiłam się do pionu, wymyłam dzieci, nakarmiłam i położyliśmy się spać.
Rano było po strachu.
Ubraliśmy się i poszliśmy po bułki. Zjedliśmy śniadanie i zaczęliśmy realizować plan dnia, który szybko SAMA obmyśliłam, nie musząc się oglądać na nikogo i niczyje humory...

Przez te kilka dni bawiliśmy się przednio. Odpoczęłam jak nigdy. Zrelaksowałam się. Uwolniłam od wszelkich stresów i złych emocji. Weszłam na wyższy lewel odpoczynku. Byłam kwiatem lotosu... W PMS-ie!
W końcu mogłam od A do Z oddać się dzieciom. Skupić się na nich maksymalnie. Na ich potrzebach, na bliskości i radości. Na rozmowach, żartach, zabawach. Chciało mi się wszystko, bo nie musiałam nic innego. A oni byli tak zachwyceni, że moje serce kipiało ze szczęścia. Mam super dzieci! Nacio jest niezwykle opiekuńczy i odpowiedzialny. Dużo mi ułatwiał...I osiemdziesiąt razy dziennie powtarzał, że mnie kocha... To było takie wzruszające, widzieć tę dziecięcą wdzięczność. Wdzięczność za poświęcony czas.  Za skupienie...
Chodziliśmy na spacery, place zabaw, do salonów gier, sklepów z zabawkami, ale też ciuchami, do kawiarń i restauracji. Jedliśmy rybę na plaży, ogromne naleśniki i ciepłe pączki. Słuchaliśmy muzyki ulicznych artystów i plażowaliśmy całymi dniami... Było bosko. Najlepiej na świecie.

Dziś mamy już spakowane walizki. Plażowy piasek powysypywany z kieszeni.
Nigdy nie lubiłam tego ostatniego dnia przed powrotem do domu, natomiast gdy niedługą chwile temu usypiałam  Fryderyczka i zaczął zjadać mnie przedwyjazdowy smuteczek, jak płomyk zapalanej świecy, pojawiła się myśl, że to, co najważniejsze, zabieram przecież ze sobą... Moich synków, moje dwa skarby, dzięki którym KAŻDA RZECZYWISTOŚĆ jest rozświetlona.
Lepsza...






I w końcu był czas na małą sesyjkę ;-)
Fotki by ciocia Martynka, która do nas dołączyła.

piątek, 15 czerwca 2018

Spełniło się.

Najpierw, w zupełnie niespodziewanym momencie mojego życia, zaczęłam intensywnie marzyć o dziecku.
Spełniło się.

Potem, gdy pod moim sercem zaczęło bić drugie serce i dowiedziałam się, że to chłopiec, wyobraziłam go sobie jako kilkulatka, biegającego po słonecznej plaży. Miał brązowe oczy, grube, ciemne, długie włosy i ciemną karnację oraz cudowny uśmiech... Był taki beztroski i szczęśliwy...
Spełniło się.
Natan jest dokładnie taki, jakim go sobie wymyśliłam...

Następnie, gdy zaszłam w drugą ciążę, zamarzyłam, żeby Nacio okazał się dobrym bratem. Opiekuńczym, kochającym, czułym.
Spełniło się...

Kilka tygodni temu miał w przedszkolu występy dla rodziców. Poszliśmy z mężem i Fryckiem. Występy jak występy.
Klasycznie - matka zaryczana siedzi na mikro krzesełku ćwiercią pośladka, przepełniona dumą, zapatrzona w syna z chusteczką higieniczną w garści.
Wpatruję się zatem, wycieram oczy tą wymiętą chustką, w zachwycie nad profesjonalizmem scenicznym mojego syna, gdy nagle ten, nie przerywając swej kwestii, zaczyna dawać mi jakieś sygnały. Oczami usiłuje coś pokazać. Wybałusza je i na coś wskazuje. Lekko zdezorientowana, w końcu zaczynam jarzyć, że pokazuje na ławeczkę przede mną, przy której na dywanie siedzi Fryderyk i właśnie oto kończy proceder zdejmowania swego obuwia.
Syn mój lat siedem okazał się czujny jak matka. A w zasadzie bardziej...

Aktualnie jesteśmy natomiast nad morzem i tutaj także obserwuję tryliony objawów miłości braterskiej. Wczoraj poczułam, że najwyższa pora pochwalić Nacia za jego dobrą wolę, czujność, cierpliwość i chęć pomocy bratu. Zawstydził się.

Dziś rano szykuję śniadanko, a Nacio ścieli łóżo. Frycek jak zwykle przeszkadza. W pewnej chwili słyszę jak pyta Fryderyka, czy ten chce siusiu. Znów opiekuńczość niemal matczyna. I jaka cierpliwość. Pękam z dumy... I zwracam się do Natanka, że właśnie o takie gesty wczoraj mi chodziło i że to cudowne i wzruszające i że dumna jestem niesłychanie i szczęśliwa...
Na co Natan rzuca przekornie do naszego smarka - a może chcesz w dupkę Fryderyczku?
;-D
No wypisz wymaluj matka.