niedziela, 26 lutego 2017

Oto On - Królewicz Młodszy

Głupio mi.
Uzmysłowiłam sobie ostatnio, że nasz młodszy synek poszkodowany jest bardzo.
Ja mu w ogóle nie robię zdjęć!
I nie dlatego wcale, że On niefotogeniczny...
Po prostu w pewnym momencie poddałam się.
Gość jest jest totalnie nieuchwytny!
Patrzę na Niego i właśnie jest TEN MOMENT następuje, który pragnę uchwycić, łapię za aparat, pstrykami i...
DUPA!
DUPA!DUPA!DUPA!

Dlatego po 6729 - tej DUPIE, odpuściłam.

Powróciłam do tematu po jakimś czasie, to mi zaczął obiektyw paluchami mazać.
Ja w Niego celuję z daleka, a On w sekundę jest dziesięć centymetrów przede mną, z wyprostowanym palcem wskazującym gotowym do mazania!
Odpuściłam.

Do czasu, gdy już na poważnie zaczęło mi być głupio.
A że syn nasz młodszy, jak nikt inny wcześniej, znacznie podniósł  poziom naszej kreatywności...
W końcu udało się!
I udaje się coraz częściej ;-)

Dlatego zapraszam Was, zobaczcie jak Fryniowi urosły...
Włosy!;-)





















Zanudziłam Was, wiek, ale na każdym zdjęciu wydawał mi się taaaaki pięęękny, 
że nie mogłam się oprzeć.



niedziela, 29 stycznia 2017

Cała prawda o melonie w kroczu.

Ostatnio bliska znajoma, która jest przy nadziei, poprosiła mnie o radę.
W związku z tym, że przeżyłam oba rodzaje porodów, chciała, abym jej doradziła. Poród siłami natury w jednym z ogromnych szpitali w jej mieście (z ryzykiem podróży od Annasza do Kajfasza), lub cesarkę w prywatnej klinice...
Nie doradziłam, tylko przedstawiłam plusy i minusy obydwu wyjść, najbardziej obiektywnie, jak potrafiłam.
A pisząc Wam o tym, nie chodzi mi o rozpoczynanie kolejnej przepychanki, między zwolenniczkami jednego i drugiego rozwiązania. Uważam, że w tym temacie każda kobieta powinna kierować się rzetelną wiedzą, intuicją i zimną kalkulacją, aby wybrać mniejsze "zło".
No właśnie "zło". I tutaj na moment się zatrzymajmy.
Otóż w mojej rozmowie z kumpelą postanowiłam być szczera... Do bólu. Żeby choć w przybliżeniu była świadoma tego, co ją czeka.
Czy to dobre? Taka szczerość wobec kobiety, która już ma dziecko wewnątrz siebie i w żaden sposób nie może od tego uciec?
Uważam, że dobre.
Pamiętam siebie przed pierwszym porodem. Bałam się jak cholera, bo już znacznie wcześniej nasłuchałam się "opowieści z krypty" kobiet, które rodziły.
Te wspomnienia plątały się, nieco przykurzone już w pamięci, ale były na tyle słabe, że moje hormony ciążowe potrafiły skutecznie je odganiać.
W okresie ciąży natomiast NIKT nic mi już nie opowiadał.
Jedynie pani psycholog w szkole rodzenia... Coś tam wspominała przy okazji depresji poporodowej...
Że poród to trudne przeżycie.

Jechałam rodzić nieco wystraszona, ale bardziej podekscytowana.
Ekscytacja szybko minęła.

Urodziłam w nocy.
Gdy rano otworzyłam oczy, nie mogłam uwierzyć w to, co przeżyłam.
Zadzwoniła moja mama, a ja nie potrafiłam jej wybaczyć, że nie powiedziała mi jak wielkie cierpienie będzie mnie czekało.
Nie chciała mnie straszyć...
A ja nastawiona na rzeźnię, jednak taką w granicach rozsądku, zupełnie nie byłam przygotowana na taki bieg rzeczy.
Ani psychicznie, ani pod względem organizacji porodu. Bo nagle okazało się, że prywatna położna i polecany szpital, to jednak nie wszystko...
Dlatego obiecałam sobie, że rozmawiając z kobietami w ciąży, zawsze będę mówić prawdę.
Absolutnie nie mając na celu straszenia. Bardzo jednak zależy mi na uświadamianiu.
Stąd ten dzisiejszy temat na tapecie.

Oczywiście mój poród był podwójnie trudny, bo patologiczny, ale przecież i normalny poród to raczej nie jest depilacja brwi u kosmetyczki.
Da się przeżyć. Ten prawidłowy.
Ba, ten z komplikacjami też się da. Jasne, że tak. Tylko to tak fajnie wszystko  gra w naszej wyobraźni, gdy ćwiczymy oddechy podczas zajęć w szkole rodzenia, albo gdy oglądamy poród w amerykańskiej komedii romantycznej.
A ja powiadam Wam kobiety, gdy Wasza wagina rozciąga się tak , że lekarz może włożyć w nią rękę, to wówczas już ani nie jest śmiesznie, ani romantycznie.

Kiedy miałam siedemnaście lat, moja mama urodziła moją siostrę. Stałam na korytarzu przed porodówką i zgryzałam opuszki palców, odmawiając zdrowaśki i nasłuchując, czy mama aby nie krzyczy.
Nie krzyczała. Po godzinie usłyszałam płacz maluszka. Rozbeczałam się. Po jakimś czasie mogłam w kitlu wejść do sali. Siedemnastoletnia dziewczyna w sali porodowej. Bałam się. Na podłodze leżało trochę krwi, maleństwo w zawiniątku miało fioletową buzię. Było takie ciepłe i leciutkie...
Tyle wiedziałam wtedy o rodzeniu dzieci.
Wydawało mi się, że to bardzo dużo.

Trzy lata później rodziła moja przyjaciółka. Miałyśmy po dwadzieścia lat.
Stałam na tym samym korytarzu, czułam się niemal jak weteranka. Mama przyjaciółki pozwoliła mi wejść do niej na chwilę...
Do dziś nie zapomnę tego bólu, wyrysowanego na twarzy mojej rodzącej koleżanki. Zupełnie nie wiedziałam, jak jej pomóc. Liczyłam sekundy trwania skurczu na głos, aby miała świadomość, że to za chwilę puści. Wkrótce skurcze szły jeden za drugim...
Gdy po porodzie zapytałam jej, jak to bolało, powiedziała, że to tak, "jakby mieć straszny okres i ktoś ci wtedy otwiera w tyłku parasol..." A ona miała zwykły czterogodzinny poród.
Swoją drogą, nie wiem skąd takie akurat skojarzenie;-)

Zatem czy poród boli?
BOLI! To wie każdy.
Z komplikacjami boli strasznie, a taki książkowy?Też tak bardzo? Zapyta pierworódka...
Odpowiem najobiektywniej, jak potrafię.
Wyobraź sobie kochanie, że masz okres. Bolesny. Boli tak, że już dawno wzięłabyś tabletkę przeciwbólową, ale nie możesz. A potem boli jeszcze bardziej i bardziej i tak razy dziesięć.
Nie tak źle? Tak, ja wiem, nie tak źle, bo Ty już dawno zapomniałaś, jak boli miesiączka.
Ja w ogóle zaczynam przypuszczać, że mamy do czynienia z jakimś spiskiem. Natura pozbawia kobietę okresu na czas ciąży, żeby wyciszyć jej strach przed okresowym bólem...Mówię Wam.
Żeby nie miała odniesienia, wyobrażając sobie ból porodowy.
Zatem, jeśli nie pamiętasz już bólu miesiączkowego, to wyobraź sobie piłkę. Lekarską.
Ta piłka zaczyna przechodzić przez Twoją waginę ...
Ale główka dziecka nie jest wielkości piłki lekarskiej, powiesz.
No tak, nie jest, choć ból ten sam.
Ale spokojnie, wyobraź sobie melona. Melon ów ma przejść. W tę. Albo tamtą stronę. W przypadku ćwiczeń z melonem to nieistotne.
Do tego dziesięć okresów i ból brzucha, jak podczas jelitówki.
No i wyduszasz z siebie tego melona, oblana potem, z popękanymi naczynkami na twarzy od wysiłku. Aby przy końcu Twoja wadżajna pękła, ewentualnie została rozcięta skalpelem. Na około cztery centymetry.
Mówi się, że to nacięcie...Brzmi niewinnie, prawda?
Tylko dlaczego trzeba je ZSZYWAĆ?!
Wyobraź sobie, że teraz, na sucho bez tych wszystkich przyjemnostek,czyli okresów, melonów i innych, jakaś baba rozcina Ci krocze skalpelem...
No, a mówią, że w czasie porodu, ten etap, jest najlżejszy ze wszystkich...

Czy byłam nieobiektywna?
Nie sądzę. Tak wygląda zwyczajny poród fizjologiczny.
Ktoś zaprzeczy?

Czy jestem przeciwna porodom naturalnym?
Absolutnie nie!
Jestem za!
Ale w ludzkich warunkach, w poczuciu bezpieczeństwa, z zaufaną położną i swoim lekarzem prowadzącym. KONIECZNIE!
I znieczuleniem!
Bo nie potrafię ogarnąć umysłem dlaczego nadal, kilku fiutów w krawatach skazuje miliony kobiet na rodzenie w okropnym cierpieniu. Rzeź na żywca.
Dlatego ciężarna dziewczyno, weź teraz głęboki oddech i nie zamartwiaj się.
Wiesz, jak będzie, więc weź sprawy w swoje ręce i przygotuj się na  poród, jak żołnierz idący na wojnę.
Tyle mogę Ci doradzić, ze swojego doświadczenia...

czwartek, 29 grudnia 2016

Historia pewnego stołu.

Już od dłuższego czasu marzył mi się stół.
Taki rodzinny. Do wspólnego śniadania, obiadu, kolacji.
Rok temu pisałam o nim tutaj klik.
Stół był moim postanowieniem noworocznym.

Muszę przyznać, że nie starałam się jakoś wybitnie o niego. Był gdzieś z tyłu głowy. Wymyślony, wymarzony, ale żebym go szukała? Zupełnie nie.
Pewnego dnia koleżanka w piaskownicy opowiada mi, że kupiła taki stary, z szufladą, na toczonych nogach... Wysłużony znacznie.
Mój stół! - myślę i wypowiadam automatycznie, jak się potem okazało. A ona na to zdziwiona moim entuzjazmem, że ten pan jeszcze jeden taki miał, tylko że rozkładany.
Rozkładany! Cudownie! No ideał!
IDEAŁ to przecież! Mój wymarzony...
Zmusiłam męża siłą. Dwa dni później siedzieliśmy w busie, w drodze do miasteczka, gdzie czekał na mnie MÓJ STÓŁ. Upał jak cholera. Komary jak diabli. Ale ja zupełnie zaślepiona. Miłością od pierwszego wejrzenia....

Stół stanął w garażu. Oszlifowany do gołego drewna.
Gotowy na moją metamorfozę.

Wyjechaliśmy nad morze...
Potem zaczęła się jesień. I ciągle coś sprawiało, że nie mogłam się zabrać do roboty.
I tak stół dotrwał prawie do grudnia...
W końcu tak mnie zmęczyło to oczekiwanie, że zawzięłam się i w jeden dzień wykończyłam go po swojemu.

W któreś grudniowe południe siedziałam sobie w fotelu z kubkiem parującej inki i patrzyłam na mój stół. Uwielbiam na niego patrzeć. Gładziłam go wzrokiem... Enty raz wpatrując się w każdą rysę, każde wypaczenie...

I wtedy odkryłam coś zupełnie niesamowitego. Aż dreszcz przeszedł mi po plecach.
Przecież ja znam ten stół...
To znaczy znałam TAKI stół zanim go sobie wymyśliłam...

TAKI stół stał w kuchni mojej prababci. Pod oknem, przy piecu...
Latem moja babcia zabierała nas (wszystkie wnuki) do swojej mamy - mojej prababci. Prababcia mieszkała sama w ogromnym domu z surowej cegły. Miała jedynie kilku lokatorów.
Przy domu był ogromny ogród... Taki stary, jak i ten dom. Za ogrodem była łąka, na którą babcia zabraniała nam chodzić.
W domu była łazienka z toaletą, ale brakowało ciepłej wody. Babcia co wieczór grzała w garach wodę i kąpała nas kolejno, jedno po drugim w wielkiej misce. Potem szliśmy spać.
Spaliśmy na wielkim, starym łożu małżeńskim prababci, w wykrochmalonej, pachnącej świeżością i wysiłkiem prababci pościeli... Pod pierzynami.
Rano budziło nas słońce.
A w kuchni już zawsze krzątała się babcia.
Szykowała śniadanie.
Na stole leżały świeże, pachnące bułki.
Codziennie.
Nabiał. Od koloru do wyboru.
Powidła. Najlepsze na świecie. Prawdziwe. Ze śliwek z ogrodu.
Konfitury...
Babcia miała taką zasadę, że jeśli jednego dnia podawała kakao, to drugiego robiła inkę. I tak na przemian.
Zawsze czekałam na inkę.
Tych śniadań nie da się opisać. Dla mnie były absolutnie magiczne.
Powolne.
Smakowały dobrobytem.
Szczęściem.
Beztroską.
Wakacjami.
Były pyszne, bo babcia szykowała je z ogromnym zaangażowaniem i oddaniem.
Pyszne bo spożywane w towarzystwie chichrających się dzieci...

Po śniadaniu babcia grzała wodę do mycia naczyń i z prababcią sprzątały naczynia.
A my buszowaliśmy w ogrodzie i wcinaliśmy po kryjomu wielkie, twarde gruszki, których babcia nie pozwalała jeszcze jeść, żeby nas brzuchy nie bolały, bo niedojrzałe.
Takie były najlepsze.
Zabronione i niedojrzałe.

W weekendy zjeżdżali się rodzice, czasem także pozostała część rodziny. A gdy w końcu odjeżdżaliśmy, prababcia stała przy bramie, na ulicy i machając nam, płakała.
Zawsze ocierała mokre poliki.
Za każdym razem...

Nie rozumiałam tego wtedy.
A teraz, gdy jej już nie ma, gdy nie ma też kochanej babci,  rozumiem doskonale...

Dom został sprzedany, gdy byłam dzieckiem, majątek rozdany po rodzinie. To miejsce przyciąga mnie jednak regularnie. Zabieram tam moje dzieci. Na spacer w okolicy jeziora.
Najpierw jednak przejeżdżam koło tamtego domu...
Zawsze zwalniam, przyklejając nos do szyby.
Co ja bym dała...
Oj jak wiele bym dała, by móc jeszcze raz tam wejść.
Posiedzieć chwilkę.
Pooddychać tamtym powietrzem...

PS.
A MÓJ STÓŁ czekał na mnie w tym samym miasteczku, w którym mieszkała prababcia...
Zbieg okoliczności?:-)














wtorek, 20 grudnia 2016

Jak w kilku prostych krokach zbudować świąteczną atmosferę.

Zauważyłam, że od pewnego czasu coraz częściej mówi się, że nie czuć atmosfery świąt.
Bo pogoda byle jaka, temperatura na plusie...
Bo mikołaje w sklepach od listopada stoją i zdążą się już opatrzyć.
I w ogóle te kolejki wszędzie i w galeriach handlowych kocioł i nerw tylko zbiorowy i gotowania tak dużo i sprzątania... I jak z tym wszystkim zdążyć. No jak? Z wywalonym jęzorem chyba jedynie!

W zeszłym roku w naszym domu atmosfery nie było. Nerwówka wokół cierpiącego maleństwa, powodowała, że odechciewało się wszystkiego. Choinkę ubraliśmy i trzy świece stały czerwone i takaż latarenka. Ot cała atmosfera. Ja na diecie bezglutenowej, bezmlecznej, bezjajecznej...
Było strasznie.

Ale wszystko co złe, w końcu mija...
W tym roku tak bardzo chciałam moim najbliższym i sobie również wynagrodzić zeszłoroczne braki, że nawet nie wiem kiedy, w między czasie zupełnie, odkryłam jak buduje się prawdziwą świąteczną atmosferę...
Pewnie dlatego, że chwilowo mam ten luksus życia w normalnym tempie. Nie muszę żyć dla pracy. Nie muszę pędzić.
A jest to podstawa prawdziwego świętowania - ZWOLNIĆ.

Zacznę od tego, że chodzę na poranne roraty. Co drugi, trzeci dzień. Zależy jak nam minie noc. Wstaję raniutko, przed szóstą. Wciągam wcześniej przygotowane ciuchy, myję zęby, naciągam czapkę po nos i lecę do kościoła z lampionem w garści.
Ja wiem... Kościoły w naszym kraju różne są... Powiedziałabym nawet, że w większości stracić wiarę można, a nie pielęgnować, jednak u nas jest absolutnie wyjątkowo. Mieszkańców Zielonej Góry zapraszam do kościoła na Zaciszu...

Ale wracając do tematu - msza roratnia w naszym kościele odbywa się w półmroku, który rozświetlają jedynie lampiony. Trwa jakieś trzydzieści pięć minut i za każdym razem jest wyjątkowa.
Wyjątkowa, bo ksiądz proboszcz codziennie wygłasza inną ogromnie cenną naukę, która pozwala zastanowić się, pomyśleć. Czasami głoszone słowa okazują się być odpowiedzią na nurtujące mnie pytania, czasami pocieszeniem... Codziennie można ofiarować mszę w czyjejś intencji. Tak zwyczajnie, w myślach. Nawet nie wiesz kiedy, a masz obmodloną całą rodzinę i zawierzone wszystkie problemy i niepokoje;-)
Kiedy wracam, jest przed siódmą. Wślizguję się wtedy do ciepłego łóżka i drzemię jeszcze godzinkę.
Uwielbiam tak rozpoczynać dzień.


Od początku adwentu słucham też bożonarodzeniowych piosenek... Moi ulubieńcy poniżej.






Słuchając przyjemnych dźwięków, powoli, stopniowo zaczynam otaczać się świątecznym wystrojem. Świeczki, lampki, świąteczne poduszki, latarenki... 
Codziennie wieczorami zapalam świece, a kiedy dzieci idą spać - parzę herbatę z cytryną w świątecznym kubku i w takiej leniwej atmosferze spędzam parę chwil z mężem. Planujemy prezenty i szperamy w sklepach internetowych, albo zwyczajnie odpoczywamy wtuleni.

Piekliśmy z dzieciakami już także świąteczne ciasteczka... Przy Frycku takie wypieki to wyczyn prawdziwy, ale daliśmy radę...
Lepiliśmy u mojej mamy uszka i pierogi. 
Wcinamy mandarynki;-) Bo chyba każdy się zgodzi, że mandarynki pachną świętami, jak nic innego.

Byliśmy także na jasełkach organizowanych przez przedszkole Nacia, na których oczywiście zryczałam się jak bóbr...

Nie omieszkałam też zaliczyć jarmarku bożonarodzeniowego. Ot tak, zwyczajnie żeby pochodzić i pooglądać świąteczne rękodzieła.

Mam pomyte okna i wypastowane podłogi. Pierwszy raz taką pastą jak niegdyś, która nieco "ciężko pachnie" i trzeba ją froterować... Lekko nie było, ale jak się tak froteruje, to od razu czuć, że TAKIE rzeczy robi się z jakiegoś wyjątkowego powodu;-) No i śmiesznie jest do tego.

Kupiliśmy już także choinkę... Malutką, żeby można było ją wysoko postawić, ale żywą, z czego ogromnie się cieszę. Będziemy ją jednak ubierać dopiero w okolicy wigilii.

I nowy rytuał mam jeszcze. Codziennie po śniadaniu parzę sobie solidny kubek kawy o smaku piernikowym. Z mlekiem i pianką.
Mmmmm. Uwielbiam...

A od czwartku zacznę pichcić. Niewiele, bo święta spędzimy głównie u rodziny, ale przecież i do rodziny nie można pójść z pustą ręką...

Także kochani, jeśli jeszcze nie poczuliście zbliżających się świąt, to do roboty! Atmosfera nie zrobi się sama.













A gdyby spodobały się Wam pierzaste choinki, 
to można zamówić je tutaj -  klik
(ostatnie sztuki w super cenie)










czwartek, 15 grudnia 2016

Prezenty dla chłopców.

Ja wiem, że piątunio.
Ja wiem, że w piątunie nikt nie siedzi w sieci, bo jest milion lepszych zajęć w realu.
Ja wiem, że pierniki trzeba piec, pierogi lepić i uszka...
Wiem też, że przed nami ostatni weekend, kiedy na spokojnie możemy zamówić PREZENTY, mając niemal stuprocentową pewność, że zdążą do nas dotrzeć i żaden siusiumajtek nie będzie cierpiał, zachowując nas - rodziców od wysłuchiwania płaczu i zgrzytania zębów.

W tym roku WYJĄTKOWO jestem mistrzem organizacji.
A ponieważ, jak na prymusa przystało WSZYSTKO mam już skompletowane, wrzucam Wam kilka propozycji prezentów dla CHŁOPCÓW (choć czasem pozory będą inne), w wieku do dwóch i do sześciu lat.

Ja lubię kupować przemyślane zabawki, Wy oczywiście możecie wybrać przepychanki przy marketowych półkach.
Ale kto to lubi?Lubi ktoś?
Czy nie przyjemniej robić zakupy z kubkiem gorącego kakao w dłoni?
A potem odbierać te wszystkie pakunki, z dreszczykiem emocji, zupełnie jakby to dla nas przysyłano niespodzianki?
Zostawiam Wam pod rozwagę, a tymczasem oddalam się dziś zupełnie nieskromnie, bo w poczuciu ogromnego zadowolenia, że takie fajności udało mi się wynaleźć.


Dla ciekawskich maluchów-urwisów  proponuję:
































A propozycje dla cierpliwego starszaka odkrywcy, 
czasami plastyka to: