piątek, 21 kwietnia 2017

Korytarz.

Zdyszana wchodzę przez białe drzwi. Jechałam windą, ale wcześniej musiałam przyspieszyć kroku, bo nie było miejsca, żeby zaparkować i choć czas potrzebny na punktualne dotarcie do celu zaplanowany był co do sekundy i z zapasem, to jednak skurczył się zupełnie nieprzewidzianie.

Serce wali jak oszalałe i już nie wiem z czego bardziej, z pośpiechu czy ze strachu.
Po drugiej stronie drzwi, ukazuje się długi i szeroki korytarz. Stoję na jego środku, po prawej mając jeden koniec  a po lewej drugi. Kieruję się na lewo, zgłaszam swoją obecność w rejestracji i siadam.
A w mojej głowie aż huczy od miliona zdenerwowanych myśli. W tym potoku daje się się słyszeć dyskusja dwóch stron. Strony wymieniają się argumentami. Jedna jest za a druga przeciw. Ta za powoduje, że moje ciało drętwieje...

Jakiś czas temu wyczułam sobie pod uszami takie zgrubienia. Siostra powiedziała, że też ma takie i że to węzły chłonne, które powiększyły się po silnej infekcji. Dobra, pomyślałam i o nich zapomniałam. Dwa miesiące temu, gdy wróciłam do intensywnych treningów, zgrubienie po jednej ze stron stało się bardziej twarde i zaczęło tak dziwnie przeskakiwać. Natomiast po tym jak ochoczo pomachałam sobie hantlami ponad moje siły, doznałam kontuzji szyi i karku. Wówczas razem z szyją  zaczął pobolewać także wspomniany guzek, a ból promieniować na ucho i szczękę. Trwało to dzień, drugi, trzeci, tydzień. Aż zaczęłam studiować temat... I to nie był dobry pomysł. Gdy zobaczyłam termin "chłoniak", zamknęłam komputer. Poszłam do laryngologa. A laryngolog skierował mnie na usg szyi.

Tego dnia od rana toczyłam bitwę sama ze sobą, aby nie zwariować.
W okna zaświeciło słońce.
Jaki piękny dziś dzień... Te świeże listki takie piękne. Szkoda byłoby się z nimi pożegnać.
Starszego synka wysłałam do przedszkola.
Od dziś już nic nie będzie takie samo.
Zaparzyłam kawy. Moja ostatnia kawa bez wyroku. Kawa z nadzieją, że jednak to nie to...
Nie! Nie poddam się, będę walczyć! Do samego końca. Przecież to niemożliwe, żebym na to umarła. Będę walczyć jak lwica. Dla moich dzieci!
Gładzę Frynia po jego jasnych lokach, jest jeszcze taki malutki... Jak ja będę znosić to leczenie?! Czy będę mogła się nim opiekować jak należy? A jak umrę? Co z nimi będzie?
Ja? Ja się nie liczę. Umrę i tyle. Ale to rozstanie z nimi... Będę musiała ich zostawić samych.
To mnie zabije.

Siedzę na środku korytarza i po chwili orientuję się, że na jednym końcu znajduje się poradnia diagnostyczna.
A na drugim - poradnia onkologiczna. Spoglądam na tych ludzi. Też czekają. Jedni z nadzieją, inni pewnie bez. Wszyscy smutni. Bo są już po wyroku...

- Pani Marta Dmuchowska, proszę wejść.




Kolejny poranek. Nacio z tatą już wyszli do przedszkola. Cudowny dziś dzień. Zimno jak diabli, ale na zewnątrz jest tak pięknie... Siedzę na kanapie z filiżanką pysznej kawy. Obok  stoi Fryniu z głową między stopami. Kombinuje. Jak zwykle. Jest taki piękny. Jakie to ogromne szczęście, że mogę cieszyć się obecnością takiego cudownego, maleńkiego dziecka. Mogę go tulić, całować, gładzić po włosach i nawijać jak pierścionki na palce. Bez strachu, że tak mało mi tego szczęścia już zostało.



środa, 22 marca 2017

Jakie buciki na wiosnę.

Za każdym razem, gdy pojawia się potrzeba zakupu nowych butów dla któregoś z chłopców - wariuję.
Zwariowanie trwa zwykle do siedmiu dni. Objawia się permanentnym studiowaniem ofert sklepów internetowych, analizowaniem potrzeb i zdobytego doświadczenia, porównywaniem cen, a na końcu wsłuchaniem się w swoją intuicję, która tak naprawdę jest głównym wyznacznikiem ostatecznego wyboru.

Psychiczna - ciśnie się Wam na język.
Cóż, kłócić się nie będę... ;-)
Mam na imię Marta i jestem butoholiczką.
Ostatnio szukając bucików dla Frynia, spędziłam w tym temacie TYLE czasu, że aż szkoda byłoby nie podzielić się wrażeniami z innymi poszukiwaczkami.

Gdy wybieram buciki zwracam uwagę na to:
1. Czy są wykonane ze skóry.
2. Czy skóra z której są wykonane jest mocna i odporna  na zdzieranie, dla chłopców nie polecam nubuku i skóry cielęcej.
3. Czy mają usztywniony zapiętek, ale też w miarę miękką podeszwę.
4. Czy mają profilowaną wkładkę.
5. Czy kolorystycznie będą pasować do zgromadzonej garderoby.

Z doświadczenia :
1. Uwielbiam buciki Emel, za wzornictwo, lekkość, miękkość skóry, byłyby absolutnie idealne, gdyby nie fakt, że modele, które mieliśmy były bardzo delikatne.
2. Lubię buty Mrugały również za wzornictwo i ręczne wykonanie. Szybko jednak się nam niszczyły i są sporo sztywniejsze od emelków.
3. Bucików Ecco jeszcze nie mieliśmy, ale wśród mam cieszą się ogromnym powodzeniem. Określane są jako porządne, niezniszczalne buciki.
4. Bartki mieliśmy raz i do dziś, po dwóch chłopcach wyglądają jak nowe. To były śniegowce.
Niestety wzornictwo Bartków rzadko trafia w mój gust.
5. Gucie ze słyszenia wydają się być super wygodne. Podobno to buciki w których nie poci się stópka. Ich minusem jest fakt, że modele w intensywnych kolorach miejscami płowieją.

Poniżej moje inspiracje, spełniające różne kryteria.
Może Was zainspirują.
Niestety większość dość droga...
Ja jeśli nie chcę przepłacić szperam na allegro lub na wyprzedażach. Czasami też można kupić niby używki, czyli nowe buciki ubrane dwa razy;-)
Na samym końcu zdradzę Wam w czym tej wiosny będzie śmigał mój Fryniu.




1. trzewiki Bartek 199zł
2. trzewiki Bartek 169zł
3. trzewiki Mido 159zł
4. trzewiki Lasocki 89,99zł
5. trzewiki Zarro 149zł
6. buciki Gucio 189zł
7. trzewiki Emel 189zł
8. trzewiki Emel 189zł
9. trzewiki Emel 189zł
10. trzewiki Emel 179zł
11. buciki Gucio 189zł
12. trzewiki Emel 139zł
13. buciki Ecco 149 zł
14. buciki Aurelka  214zł
15. buciki Ecco 169 zł
16. trzewiki Lasocki 99,99 zł
17. buciki Ecco  189zł

A mój wybór w tym sezonie to:






Buciki Gucio kupione na allegro jako niby używane, za połowę ceny




niedziela, 26 lutego 2017

Oto On - Królewicz Młodszy

Głupio mi.
Uzmysłowiłam sobie ostatnio, że nasz młodszy synek poszkodowany jest bardzo.
Ja mu w ogóle nie robię zdjęć!
I nie dlatego wcale, że On niefotogeniczny...
Po prostu w pewnym momencie poddałam się.
Gość jest jest totalnie nieuchwytny!
Patrzę na Niego i właśnie jest TEN MOMENT następuje, który pragnę uchwycić, łapię za aparat, pstrykami i...
DUPA!
DUPA!DUPA!DUPA!

Dlatego po 6729 - tej DUPIE, odpuściłam.

Powróciłam do tematu po jakimś czasie, to mi zaczął obiektyw paluchami mazać.
Ja w Niego celuję z daleka, a On w sekundę jest dziesięć centymetrów przede mną, z wyprostowanym palcem wskazującym gotowym do mazania!
Odpuściłam.

Do czasu, gdy już na poważnie zaczęło mi być głupio.
A że syn nasz młodszy, jak nikt inny wcześniej, znacznie podniósł  poziom naszej kreatywności...
W końcu udało się!
I udaje się coraz częściej ;-)

Dlatego zapraszam Was, zobaczcie jak Fryniowi urosły...
Włosy!;-)





















Zanudziłam Was, wiek, ale na każdym zdjęciu wydawał mi się taaaaki pięęękny, 
że nie mogłam się oprzeć.



niedziela, 29 stycznia 2017

Cała prawda o melonie w kroczu.

Ostatnio bliska znajoma, która jest przy nadziei, poprosiła mnie o radę.
W związku z tym, że przeżyłam oba rodzaje porodów, chciała, abym jej doradziła. Poród siłami natury w jednym z ogromnych szpitali w jej mieście (z ryzykiem podróży od Annasza do Kajfasza), lub cesarkę w prywatnej klinice...
Nie doradziłam, tylko przedstawiłam plusy i minusy obydwu wyjść, najbardziej obiektywnie, jak potrafiłam.
A pisząc Wam o tym, nie chodzi mi o rozpoczynanie kolejnej przepychanki, między zwolenniczkami jednego i drugiego rozwiązania. Uważam, że w tym temacie każda kobieta powinna kierować się rzetelną wiedzą, intuicją i zimną kalkulacją, aby wybrać mniejsze "zło".
No właśnie "zło". I tutaj na moment się zatrzymajmy.
Otóż w mojej rozmowie z kumpelą postanowiłam być szczera... Do bólu. Żeby choć w przybliżeniu była świadoma tego, co ją czeka.
Czy to dobre? Taka szczerość wobec kobiety, która już ma dziecko wewnątrz siebie i w żaden sposób nie może od tego uciec?
Uważam, że dobre.
Pamiętam siebie przed pierwszym porodem. Bałam się jak cholera, bo już znacznie wcześniej nasłuchałam się "opowieści z krypty" kobiet, które rodziły.
Te wspomnienia plątały się, nieco przykurzone już w pamięci, ale były na tyle słabe, że moje hormony ciążowe potrafiły skutecznie je odganiać.
W okresie ciąży natomiast NIKT nic mi już nie opowiadał.
Jedynie pani psycholog w szkole rodzenia... Coś tam wspominała przy okazji depresji poporodowej...
Że poród to trudne przeżycie.

Jechałam rodzić nieco wystraszona, ale bardziej podekscytowana.
Ekscytacja szybko minęła.

Urodziłam w nocy.
Gdy rano otworzyłam oczy, nie mogłam uwierzyć w to, co przeżyłam.
Zadzwoniła moja mama, a ja nie potrafiłam jej wybaczyć, że nie powiedziała mi jak wielkie cierpienie będzie mnie czekało.
Nie chciała mnie straszyć...
A ja nastawiona na rzeźnię, jednak taką w granicach rozsądku, zupełnie nie byłam przygotowana na taki bieg rzeczy.
Ani psychicznie, ani pod względem organizacji porodu. Bo nagle okazało się, że prywatna położna i polecany szpital, to jednak nie wszystko...
Dlatego obiecałam sobie, że rozmawiając z kobietami w ciąży, zawsze będę mówić prawdę.
Absolutnie nie mając na celu straszenia. Bardzo jednak zależy mi na uświadamianiu.
Stąd ten dzisiejszy temat na tapecie.

Oczywiście mój poród był podwójnie trudny, bo patologiczny, ale przecież i normalny poród to raczej nie jest depilacja brwi u kosmetyczki.
Da się przeżyć. Ten prawidłowy.
Ba, ten z komplikacjami też się da. Jasne, że tak. Tylko to tak fajnie wszystko  gra w naszej wyobraźni, gdy ćwiczymy oddechy podczas zajęć w szkole rodzenia, albo gdy oglądamy poród w amerykańskiej komedii romantycznej.
A ja powiadam Wam kobiety, gdy Wasza wagina rozciąga się tak , że lekarz może włożyć w nią rękę, to wówczas już ani nie jest śmiesznie, ani romantycznie.

Kiedy miałam siedemnaście lat, moja mama urodziła moją siostrę. Stałam na korytarzu przed porodówką i zgryzałam opuszki palców, odmawiając zdrowaśki i nasłuchując, czy mama aby nie krzyczy.
Nie krzyczała. Po godzinie usłyszałam płacz maluszka. Rozbeczałam się. Po jakimś czasie mogłam w kitlu wejść do sali. Siedemnastoletnia dziewczyna w sali porodowej. Bałam się. Na podłodze leżało trochę krwi, maleństwo w zawiniątku miało fioletową buzię. Było takie ciepłe i leciutkie...
Tyle wiedziałam wtedy o rodzeniu dzieci.
Wydawało mi się, że to bardzo dużo.

Trzy lata później rodziła moja przyjaciółka. Miałyśmy po dwadzieścia lat.
Stałam na tym samym korytarzu, czułam się niemal jak weteranka. Mama przyjaciółki pozwoliła mi wejść do niej na chwilę...
Do dziś nie zapomnę tego bólu, wyrysowanego na twarzy mojej rodzącej koleżanki. Zupełnie nie wiedziałam, jak jej pomóc. Liczyłam sekundy trwania skurczu na głos, aby miała świadomość, że to za chwilę puści. Wkrótce skurcze szły jeden za drugim...
Gdy po porodzie zapytałam jej, jak to bolało, powiedziała, że to tak, "jakby mieć straszny okres i ktoś ci wtedy otwiera w tyłku parasol..." A ona miała zwykły czterogodzinny poród.
Swoją drogą, nie wiem skąd takie akurat skojarzenie;-)

Zatem czy poród boli?
BOLI! To wie każdy.
Z komplikacjami boli strasznie, a taki książkowy?Też tak bardzo? Zapyta pierworódka...
Odpowiem najobiektywniej, jak potrafię.
Wyobraź sobie kochanie, że masz okres. Bolesny. Boli tak, że już dawno wzięłabyś tabletkę przeciwbólową, ale nie możesz. A potem boli jeszcze bardziej i bardziej i tak razy dziesięć.
Nie tak źle? Tak, ja wiem, nie tak źle, bo Ty już dawno zapomniałaś, jak boli miesiączka.
Ja w ogóle zaczynam przypuszczać, że mamy do czynienia z jakimś spiskiem. Natura pozbawia kobietę okresu na czas ciąży, żeby wyciszyć jej strach przed okresowym bólem...Mówię Wam.
Żeby nie miała odniesienia, wyobrażając sobie ból porodowy.
Zatem, jeśli nie pamiętasz już bólu miesiączkowego, to wyobraź sobie piłkę. Lekarską.
Ta piłka zaczyna przechodzić przez Twoją waginę ...
Ale główka dziecka nie jest wielkości piłki lekarskiej, powiesz.
No tak, nie jest, choć ból ten sam.
Ale spokojnie, wyobraź sobie melona. Melon ów ma przejść. W tę. Albo tamtą stronę. W przypadku ćwiczeń z melonem to nieistotne.
Do tego dziesięć okresów i ból brzucha, jak podczas jelitówki.
No i wyduszasz z siebie tego melona, oblana potem, z popękanymi naczynkami na twarzy od wysiłku. Aby przy końcu Twoja wadżajna pękła, ewentualnie została rozcięta skalpelem. Na około cztery centymetry.
Mówi się, że to nacięcie...Brzmi niewinnie, prawda?
Tylko dlaczego trzeba je ZSZYWAĆ?!
Wyobraź sobie, że teraz, na sucho bez tych wszystkich przyjemnostek,czyli okresów, melonów i innych, jakaś baba rozcina Ci krocze skalpelem...
No, a mówią, że w czasie porodu, ten etap, jest najlżejszy ze wszystkich...

Czy byłam nieobiektywna?
Nie sądzę. Tak wygląda zwyczajny poród fizjologiczny.
Ktoś zaprzeczy?

Czy jestem przeciwna porodom naturalnym?
Absolutnie nie!
Jestem za!
Ale w ludzkich warunkach, w poczuciu bezpieczeństwa, z zaufaną położną i swoim lekarzem prowadzącym. KONIECZNIE!
I znieczuleniem!
Bo nie potrafię ogarnąć umysłem dlaczego nadal, kilku fiutów w krawatach skazuje miliony kobiet na rodzenie w okropnym cierpieniu. Rzeź na żywca.
Dlatego ciężarna dziewczyno, weź teraz głęboki oddech i nie zamartwiaj się.
Wiesz, jak będzie, więc weź sprawy w swoje ręce i przygotuj się na  poród, jak żołnierz idący na wojnę.
Tyle mogę Ci doradzić, ze swojego doświadczenia...