środa, 17 maja 2017

Pani się pomodli zdrowaśką, jak zemrę, dobrze?

Wracaliśmy z mężem i Fryniem z teatru, w którym występował nasz Nacio z przedszkolem. Godzina 11.
Dochodząc do samochodu, wpadliśmy na pomysł, że jak już jesteśmy na wagarach, to zgrzeszymy odrobinę i na śniadanie pójdziemy na fastfood w postaci od lat najsławniejszych w naszym mieście zapiekanek z czerwonej budki. 
Idąc zauważyłam, że przy parkingu jakiś starszy pan sprzedaje z samochodu warzywa i jajka. Wiadomo, że nigdy nie przepuszczam okazji na zdrową marchewkę, dlatego podeszłam do pana.
Pan na masce swojego pomarańczowego fiata 126p wystawił cebule, czosnek, natki pietruszki, jabłka i jajka. W sumie w to jakoś nie celowałam, ale pan przywitał mnie tak szczerym uśmiechem, że stwierdziłam, że natka i jajka to mi się jednak bardzo przydadzą. 
- Natkę i dziesięć jaj poproszę. - powiedziałam.
A potem to już się czułam jak w abstrakcyjnym śnie.
Pan wręczył mi święty obrazek. - Pani się pomodli zdrowaśką, jak zemrę, dobrze?
Zatkało mnie. 
- No jasne że się pomodlę, ale myśli pan, że tak łatwo umrzeć? To nie takie proste.
- Ale przecież wszyscy kiedyś pomrzemy panienko, co nie?- odrzekł z uśmiechem nakładając mi pietruszkę do foliówki z biedronki.
- No tak...
- To ile tych jajeczek?
- Dziesięć poproszę.
Spracowanymi, starymi dłońmi dołożył do foliówki jajka. A potem jeszcze dwie natki (to gratis) i jeszcze sześć cebul i pięć jabłek i dalej jeszcze sięgnął po czosnek... Ciężko i świszcząco przy tym oddychał. Ale to tak, że człowiek słucha tego i od razu sam źle się czuje.
- Ale proszę pana, ja nie potrzebuję...
- Potrzebuje, potrzebuje. Dzieciaczek malutki to witaminy się przydadzą...
- No tak, ale interesu pan w ten sposób nie zrobi, jak tak będzie pan rozdawał wszystko.
- Paaani, jak mam to się podzielę, a co mi tam.
Byłam tak zdezorientowana, że dałam panu banknot i pożyczyłam wszystkiego dobrego. Staruszek oczywiście koniecznie chciał mi wydać, ale oddaliłam się szybko z uśmiechem i tyle.
Dotarłam do męża, który stał z wózkiem parę kroków dalej i poszliśmy na zapiekanki. Gdy już zamówiliśmy swoje i czekaliśmy na odbiór, do budki przyszedł wspomniany starszy pan. Uśmiechnął się. Podszedł do okienka i pyta ile takie coś kosztuje. Po usłyszeniu ceny poprosił o jedną.
Gdy czekał na swoją nieopodal nas, przyjrzałam się mu...
Siwiuteńki i zgarbiony. Taki trochę zawstydzony, zagubiony... Na głowie zimowa czapka z pomponikiem. Za duży sweter wsunięty w spodnie na kant. "Adidasy". Stary, spracowany przez dziesiątki lat człowiek. Dziadziuś taki poczciwy i ciepły. Głodny.

Wewnętrznie dostałam szału. Za każdym razem, gdy widzę starszych ludzi w skrajnej nędzy, dostaję takiego szału. Bo jak to możliwe?! Żeby starzy ludzie, którym brakuje sił, którzy są chorzy, musieli w takim stanie walczyć o pieniądze na przeżycie. Nigdy tego nie pojmę.

Wróciłam do pana, gdy doszedł do swojego samochodu. Musiałam zrobić coś więcej. 
Chociaż tyle...
Na drugi dzień wyszłam z Fryniem na spacer. Zimno było. Wsunęłam skostniałe ręce do kieszeni. Z jednej z nich wyjęłam święty obrazek.
Na nim modlitwa rożańcem... Uśmiechnęłam się w duchu.

2 komentarze:

  1. no ale co było dalej, co zrobiłaś, gdy doszedł do samochodu???? Ty masz takie dobre serce...

    OdpowiedzUsuń

Ten blog jest moją własnością i to ja decyduję, co chcę na nim zamieszczać, dlatego Twój komentarz zostanie opublikowany, jeśli nie zawiera obraźliwych treści.