wtorek, 17 kwietnia 2018

Nie mieć oczekiwań.

Opowiem Wam dzisiaj o czymś, co odkryłam na przełomie minionego roku. Jest to zjawisko, którego świadomość odmieniła diametralnie moje życie, uzdrowiła wiele relacji, a także ukoiła wewnętrzne zadry i żale.

Zacznijmy od tego, że po przyjściu na świat dzieci, znaczna część małżeństw zostaje wystawiona na próbę i myślę, że spora większość zebranych teraz przy ekranie kobiet przyzna mi rację, że określenie "zostaje wystawiona na próbę" okazuje się tutaj zbyt lakoniczne.
Nazwijmy zatem rzeczy po imieniu. Z doświadczenia własnego oraz rozmaitych moich koleżanek tudzież różnych innych żonomatek, które napotkałam na swojej drodze, wiem że gdy rodzą się małe wrzeszczące kluski, a potem niby rosną, ale nie zaprzestają wrzeszczeć, nie śpią po nocach, mają jelitówki, albo rosną im zęby, jednym słowem spokojny żywot bezdzietnych przemeblowują, przewartościowują i  zamieniają w koszmar... Wówczas twórcy, tych ósmych cudów świata, mają ochotę się pozabijać, bo żadne z nich nie ma siły, ani ochoty dźwigać tego całego majdanu samemu, a jeśli nawet któreś w imię wielkiej miłości będzie chciało, to daję mu dwa, może trzy tygodnie, aż podążając za ogólną zasadą, złamie się, nie wytrzyma i najzwyczajniej w świecie zacznie drzeć ryja.
A darcie ryja jest wciągające. Ooo taaak. Jak jedzenie słonecznika albo popcornu. Bo jak już raz się wydrzesz, to nagle czujesz, że lżej jakoś i człowiek rozluźniony się robi. Jaka to miła odmiana od tego kilkumiesięcznego spięcia całodobowego. Chwilami można się nawet zapomnieć.
Ale uwaga, wszystko do momentu, gdy odbiorca nie zechce się odwdzięczyć. Wtedy to już klops, moi mili państwo. Zaczynają się wyzwiska, wulgaryzmy, niekończące pretensje. Przykro mi, ale właśnie wpadliście w wir machiny, służącej do zagłady małżeństwa. Bo jeśli już trzeba krzyczeć do siebie, to dlatego że ktoś nie słyszy. A jeśli nie słyszy to znaczy, że znacznie już oddalony...

Miałam totalnie wszystkiego dość. Ciągle na niego czekałam, liczyłam, prosiłam. Sama czułam się okropnie. Jak pies na łańcuchu, bez miski z wodą i żarciem. U D U P I O N A. W deszczowy, zimny dzień. Słaba i tak strasznie zależna od kogoś, kto coraz bardziej dom omijał szerokim łukiem.
A im więcej czekałam, tym bardziej czułam się zawiedziona, rosła wtedy we mnie frustracja i złość. Nawarstwiały się, a ja przeistaczałam się w wiedźmę. Nienawidzącą, pełną żalu, smutku i goryczy.
Jezu jak ja siebie wtedy nie lubiłam!
I wówczas, pewnego dnia stwierdziłam, że mam wszystkiego dosyć. Nie będę dłużej prosić i czekać. Nie to nie! Sama sobie poradzę. Bez łachy.
Przeplanowałam dzień tak, aby wykluczyć tatę moich dzieci ze wszystkich obowiązków, a samej dać sobie radę. Nagle okazało się, że można. Poczułam siłę. Wiarę w siebie! Niezależność!
I zmęczenie...
Ale byłam twarda. Przestałam prosić. Przestałam czekać i się zawodzić. Przestałam czuć tę gorycz, gdy ktoś cię po raz kolejny ignoruje. Byłam tylko ja, moje obowiązki i mój wewnętrzny spokój.

Zrobiłam to wszystko absolutnie intuicyjnie...
A potem dowiedziałam się, że na pewnym etapie samorozwoju, naturalnie dochodzi się do momentu, w którym dociera do człowieka, że wszystko zależy od niego. Wtedy uwalniasz się od innych. Nie masz oczekiwań, bo po co? Sama jesteś w stanie sobie poradzić. Momentami jest trudno, to fakt. Ale przynajmniej nikt nie dokłada Ci ciężaru w postaci poczucia żalu lub złości płynących z niespełnienia oczekiwań.
Mało tego, my nie mamy prawa mieć oczekiwań wobec kogokolwiek. Każdy człowiek to wolna jednostka. Nawet mąż. On jak każdy wolny człowiek może pomagać, a nie musi. Nie musi dźwigać uwieszonej na sobie żony, która i tak ciągle ma pretensje.

Ale jak tak żyć, zapytacie. Dlaczego mamy być skazane same na siebie? Ze wszystkim? A oni, to co, święte krowy?
Otóż nie mieć oczekiwań to także dać komuś szansę na inicjatywę, na ruch z własnej woli. Mężczyźni uwielbiają być sprawcami. Nie cierpią wykonywania poleceń. A od wrzeszczących wiedźm, to już wcale.
Nagle okazało się, że mój mąż, od którego przestałam wymagać, sam zaczął się angażować. Powoli, nieufnie, ale jednak. Zaczął mieć zapał, bo nie czuł już ciężaru uczepionej żony. Pozwoliło to nam się zbliżyć i na nowo zaprzyjaźnić. Czasami tylko jeszcze się zapominam... Ale gorzki, znajomy smak zawodu, szybko sprowadza mnie na ziemię...
Spróbujcie kochane. Na początku będziecie czuły się nieswojo, może nawet poczujecie złość, ale jeśli poczujecie w środku tę chęć uwolnienia się, wygracie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ten blog jest moją własnością i to ja decyduję, co chcę na nim zamieszczać, dlatego Twój komentarz zostanie opublikowany, jeśli nie zawiera obraźliwych treści.