środa, 4 września 2013

Jadłodajnia.

Jest w moim mieście taka jadłodajnia.
Jadłodajnia, w której czas zatrzymał się niemalże w każdym kącie.
Jadłodajnia, w której kupisz najlepszą pod słońcem kapustę zasmażaną ze schabowym za cztery złote.
Jadłodajnia, w której jadałyśmy na studiach z moją przyjaciółką najlepsze, zaraz po naszym sadzonym z ziemniakami i mizerią, obiady za sześć złotych.
Jadłodajnia, w której wprawną ręką gotują grube, cycate kuchary w jakże szlachetnym wieku.
Kucharki, które gotują tak, jak kiedyś...
Tłusto, kalorycznie i od serca.
Jadłodajnia, do której jako dwudziestoparolatka zabierałam swoją małą siostrzyczkę na frytki za uszperane grosze, żeby miała frajdę, że jadła poza domem.
Jadłodajnia, do której i dziś wpadam, gdy mnie lenistwo ogarnie po ruskie, bo Synu uwielbia...
Zawsze tylko na wynos...
Dwie porcje za sześć osiemdziesiąt.
Na wynos, bo nic nie przeszłoby mi tam przez gardło...
Choć jedzenie smaczne.

Zamawiam na wynos.
Siadam przy stoliku poplamionym od zupy.
Rozglądam się.
I zawsze jest tak samo...

Po prawej starszy pan. Chlipie jakąś zupinę.
Czysty. Schludny.
Pół porcji zamówił. za siedemdziesiąt pięć groszy.
Trochę ciepła za niecałą złotówkę.
Smutne ma oczy.
Szare.

Odrywam zaszklony wzrok.
Po prawej młoda dziewczyna.
Frytki!!!- dobiega donośny żeński głos z okienka wydawczego.
Dziewczyna wstaje od stolika.
Skromnie ubrana. Z widocznym już ciążowym brzuszkiem.
Jak ja jej zazdroszczę tego skarbu pod sercem.
Siada przy stoliku z frytkami.
Je powoli.
Tępo patrzy przed siebie.
Żal mi jej...
Łapię się na tym, że gapię się jak głupia jakaś.
Dojada ostatnią frytkę i wychodzi.
Skromna i smutna...

Przy stoliku obok małżeństwo.
I synek.
Kilkulatek je naleśniki.
Brodę ma brudną od śmietany.
Rodzice czekają...
Widać po nich, że się tam nie przelewa.
Ale chłopiec ma frajdę, że jadł poza domem...

Kolejny starszy pan trzęsącą się ręką niesie talerz zupy. Siada przy stoliku...
Jak dużo tutaj tych samotnych staruszków...
Po sekundzie z talerzem pojawia się przy nim starsza pani.
Uffff...
Chociaż Ten ma jeszcze bliską duszę przy sobie...

Ale inny...
Stary.
Wysoki.
Zgarbiony.
W przykrótkich spodniach na szelkach.
Pomiętej koszuli...
Chudy jak z Oświęcimia.
Ubrania wiszą na nim, jak na wieszaku...
Bardzo chudy jest.
Jego powieki w połowie opadają na brązowe oczy.
Oczy, które tak wiele już widziały...

Z kuchni pachnie smażoną cebulką i sosem pieczeniowym...
Takim prawdziwym, domowym obiadem.
Jak u mojej babci...
Babcia robiła przepyszne mielone.
Gołą ręką przekładała je na patelni.
Miała w kuchni biały kredens. Z szafeczka na pieczywo, która gdy się ją otwierało, wydawała śmieszny dźwięk. Pachniało z niej bułkami.
W otwieranym taborecie schowane były nasze dziecięce "grajoty"...
Za każdym razem na nowo odkrywaliśmy je na nowo.
I zawsze były super.
Małe myszki w pudełku od zapałek.
Biała.
Czarna.
Biała...
W zależności od tego, który koniec pudełka się wysunęło.
Lubiłam je wyjątkowo.
W szafce, na drzwiczkach zawsze równo pozawieszane były pokrywki na garnki.
Wyfroterowana dokładnie podłoga.
Kompot.
Świeżo upieczone w prodiżu ciasto.
Nakrywając do stołu, babcia wyjmowała ze starej szafy taki fajny ceratowy obrus. Na brzegach miał kreseczki...Na koniec wycierała go wilgotna ściereczką.
I serwetki z materiału pamiętam...
Ogórki kiszone zawsze były bardzo kwaśne.
A kiełbasa na ciepło najlepsza na świecie.
Ciocia obierała z kolejnych kawałków flaczek...
Tak, jak ja dzisiaj to robię dla mojego synka.
Babcia miała zawsze ładnie uczesane włosy. Równiutko przypiłowane paznokcie.
I spinki.
Takie ładne srebrne spinki przytrzymywały krótkie, falowane włosy za uchem.
Spinki zawsze były takie same.
Przez tyle lat.
I łańcuszki na szyi.
A na nich Matka Boska i Krzyżyk.
Dzisiaj i ja noszę...
A herbata była w szklance z koszyczkiem...
Herbata a do niej ciasteczka.
Babcia nauczyła mnie moczyć w niej biszkopty.
Trzeba było szybko łapać ze szklanki do buzi, bo czasem odpadał namoczony kawałek...

Tęsknię za tamtym domem.
Czystym.
Zadbanym.
Zaopiekowanym.
Za zapachami.
Smakami.
Za Nią.
Mocno...

- Podwójne ruskie na wynos, proszę!

22 komentarze:

  1. Oj Marcia, ścisnęłaś mnie za serducho tym postem. Po pierwsze dlatego, że zawsze kiedy w tym samym miejscu czekam na te same, co Ty, pierogi na wynos. Mam podobne obserwacje i odczucia. Czasem aż mnie przytłacza ogrom tego ludzkiego smutku, jaki się tam w jednej chwili znajduje.
    Szczerze mówiąc, od kiedy Sebastiana mam przy sobie, jeszcze tam nie byłam. Jakoś nie wiem...nie chcę go tam zabierać. Chociaż pierogi naprawdę niejednego poświęcenia są warte. I buraczki.

    A kredens biały kuchenny...wydaje mi się, że prawie taki sam, niecałe 3 lata temu wywieźliśmy z mieszkania Babci.... Nie miałam serca go wyrzucić, bo tyle wspomnień z nim się wiąże. Stoi na razie u mnie w piwnicy i czeka na lepsze czasy. Mam ambitny plan go odrestaurować i podarować drugie życie. I w tej małej szafce ze skrzypiącymi drzwiczkami, też zawsze będę chować rodzynki i orzechy do chrupania, oraz najlepsze kakao :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to doskonale wiesz o co mi chodzi...
      Prawda, że tam czuć te wszystkie uczucia ludzkie w powietrzu?...
      Ojjjj, co ja bym dała,żeby mieć tamten kredens w piwnicy...

      Usuń
  2. :D nie dość, że się usmiałam...
    to jeszcze takiego smaka mi zrobiłaś :D

    OdpowiedzUsuń
  3. oj jak pieknie napisane...masz talent!;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Ci bardzo moja droga...To przemiłe słowa;-*

      Usuń
  4. pięknie to napisałaś, powinnaś się zabrać za pisanie książki - jak nic to będzie bestseler, pierwsza ustawię się w kolejce po nią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziewczyny!Dziękuję za przemiłe słowa!!!strasznie jestem za nie wdzięczna;-*

      Usuń
  5. I ja wzruszona jestem do granic możliwości. Piękny dar Marto posiadasz: przelewania swych uczuć na papier ale w taki sposób, że czytając tego posta: siedzę obok Ciebie i widzę tych wszystkich ludzi i ten smutek i pewnie podobnie jak Ty mam ściśnięte smutkiem gardło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uwielbiam takie komentarze...Wtedy czuję, że to wszystko jest jednak coś warte...Dziękuję;-*

      Usuń
  6. Gdzie są jeszcze takie miejsca? Myślałam, że już zupełnie zniknęły z naszego pięknego kraju.

    OdpowiedzUsuń
  7. Ależ Ty pięknie piszesz.... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam Cię cieplutko na naszym blogu;-)Lejesz miód na moje serce;-*

      Usuń
  8. Ok Dziewczyny, poza pięknym tekstem i niewątpliwą lekkością przelewania na wirtualny papier myśli i uczuć, czy ktoś mi może zdradzić namiary na tę (hmm, "tę", "tą"-oto jest pytanie!) Jadłodalnię? Bo po pierwsze moja Córka również wielbi ruskie miłością dozgonną, a po drugie za rok wybieram się na Wasze zielonogórskie Winobranie, więc będzie okazja smacznie się posilić :) Jakoś mam przeczucie, że Eliza wolałaby te ruskie, niż wizytę w Palmiarni. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Martuś Zielona Góra, nieopodal dworca PKP;-)

      Usuń
    2. Dziękuję bardzo! Lubimy takie miejsca z klimatem, z jakąś historią... Takie, które nie zamykają się równie szybko co otwierają...
      Pozdrawiamy!

      Usuń
  9. wzruszający post.. mamy podobne wspomnienia-biały kredens w kuchni babci, jej medalik na szyi...tyle mi wspomnień wróciło. Dziękuję za ten post!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma za co!To ja dziękuję za przemiłe słowa;-)

      Usuń
  10. No i znowu napisałaś tak, że mnie wzruszenie za gardło chwyciło:*

    OdpowiedzUsuń
  11. w kuchni mojej babci było podobnie .... ach mialam wrazenie ze zatrzymalas czas - dziekuje ! :)

    OdpowiedzUsuń

Ten blog jest moją własnością i to ja decyduję, co chcę na nim zamieszczać, dlatego Twój komentarz zostanie opublikowany, jeśli nie zawiera obraźliwych treści.