środa, 11 lutego 2015

Przemoc przy stole wobec dzieci.

Długo noszę się z podjęciem tego tematu.
Niewygodny...
Niewdzięczny...
Kontrowersyjny.
Nadal obawiam się, że nie zostanę zrozumiana.
A chodzi o nic innego, jak o jedzenie.

Jestem mamą niejadka.
Jestem byłym niejadkiem...
Mój syn ma, hmmmm, wyrafinowany, dość monochromatyczny gust kulinarny.
Ostatnio zapytałam go z czym zjadłby pomidorówkę.
- Ogólek! - odpowiedział dziarsko.
- Ale chodzi mi o to czy z ryżem czy z makaronem.
- Hmmm...Z ogólkiem - odparł po chwili zastanowienia pewien jak niczego innego w świecie.
I tak właśnie...
Ogórek i parówka...
Parówka z wody. Parówka w cieście francuskim. Parówka w hot dogu...
Tak, to bez wątpienia ulubiona potrawa mojego syna.

Oprócz  parówek (najwyższej jakości, z mięsa nie homogenowanego ofkors) z chęcią zjada jeszcze kilka innych potraw, ale z pewnością nie jest on z tych, co to zjadają wszystko, co im się pod nos podsunie.

Nacio zjada około pięć, czasem sześć posiłków dziennie. Średnio co trzy godziny. Czasami są to porcje pokaźne, czasami tyle co kot napłakał. Coraz częściej są momenty, gdy domaga się jedzenia, z męczeństwem głodomora wyrysowanym na twarzy.
Długo wypracowywałam metodę na mojego syna.
Musiałam.
Inaczej:
a) umarłby z niedożywienia
b) ja umarłabym z frustracji.

Po pierwsze-nie stosuję przekąsek pomiędzy posiłkami, aby dać mu czas na zgłodnienie.
Nie wspomnę już nawet o słodyczach.
Po drugie nigdy nie podaję posiłku przed upływem wspomnianych trzech godzin, chyba że sam o to poprosi.
Po trzecie nakładam porcje odpowiednie do objętości jego żołądka, czyli tyle ile pomieszczą dwie jego złożone piąstki.
Po czwarte nie zmuszam - negocjuję.
Jak? Bardzo prosto.
Kartą przetargową jest słodycz.
Zasada prosta - zjesz posiłek - dostaniesz kawałek czekolady. Nie zjesz - nie dostaniesz. Nie musisz jeść na siłę - wybór należy do Ciebie.
W 90% działa. Czasami lekko negocjujemy ilość jedzenia pozostawioną na talerzu;-)
10% to dni, kiedy Nacio jest chory. Wtedy nie je nic. Ewentualnie produkty, których normalnie nie uznałabym za posiłek, ale jestto jedyny sposób, aby przyjął jakiekolwiek kalorie, np. chrupki, czekoladę z wysoką zawartością kakao, paluszki, upieczone przez nas ciastka. Wtedy nie negocjuję, wtedy cieszę się, że cokolwiek zjadł.

Ale wracając do tematu. Wypracowane sposoby na mojego niejadka dają mi poczucie, że można.
Nie trzeba zatem znęcać się psychicznie nad dzieckiem przy stole, aby nie umarło z głodu.

O czym mówię?Przecież rodzice nie chcą wcale się znęcać. Znęcać?Jak to?Babcie też chcą tylko jak najlepiej po prostu...

Wyobraź sobie zatem, że siędzisz przy wielkim stole, niespecjalnie chce Ci się jeść, bo pół godziny temu zjadłaś batona. Przed Tobą wielki talerz pomidorówki. Lubisz pomidorówkę? No to nie, niech będzie ogromny kawał wątróbki wieprzowej. Lubisz wątróbkę? ;-) Ja też. Niech zatem będzie wielki kawał surowej wątroby wieprzowej, która Cię obrzydza. Jest wielka. Nad Tobą stoi człowiek dwa razy taki duży jak Ty i zachęca do jedzenia. Na początku miło. Nie chce Ci się jeść. Mówisz o tym, ale człowiek wie lepiej, bo przecież jest większy. Zaczyna się irytować i  pakuje Ci porządny kęs do ust.Fuuuuj. Obrzydliwe. z trudem gryziesz i przełykasz. Prosisz i tłumaczysz, że nie lubisz tego. Człowiek tłumaczy, że to zdrowe, ta wątroba. Zdrowe, hmm - jakoś słabo trafia do Ciebie ten argument. Bach - nawet nie wiesz kiedy kolejny kęs trafia do Twojej buzi. Okropne? Teraz to już w ogóle przestaje być zabawne. Zaczynasz się denerwować. Człowiek też. A talerz wielki...
Z trudem połykasz...
Zaczynasz płakać z bezsilności . Człowiek nie słucha Twoich wyjaśnień. Każe jeść i koniec. Krzyczy. Pakuje Ci kolejny kęs do ust. Czujesz jak zawartość Twojego żołądka  podchodzi Ci do gardła. Otwierasz jednak usta,bo bardzo się boisz. W ten sposób w ciągu czterdziestu minut człowiek wpakowuje w Ciebie cały ogromny kawał obrzydliwej wątróbki wieprzowej. Dławisz się smarkami od płakania. Czujesz, że Twój żołądek za chwilę pęknie. Posłusznie przełykasz ostatni kęs, czując ulgę, że to już koniec tej czterdziestominutowej tortury. Twój egzekutor uśmiecha się i chwali, że ładnie zjadłaś obiadek.
A Twój żołądek nie wytrzymuje i...
Puszczasz siarczystego pawia.
Pamiętasz?
Co czujesz?
No właśnie.

Dlatego własnie nie zmuszam swojego dziecka do jedzenia.
Dokładnie z tego samego powodu nigdy go nie uderzyłam.

20 komentarzy:

  1. Słonko, Ty się naprawdę nie przejmuj, dziecko się nie zagłodzi, nie ma siły, sama jestem byłym niejadkiem niestety to już przeszłość, bo uwielbiam obecnie jeść, moje najmłodsze do 5-go roku życia jadło tylko rosół, pomidorową, placki ziemniaki, jabłka i chleb, potem zaczęła jeść wyłącznie mięso, nigdy nie miała w ustach Ż A D N E G O w a r z y w a - Ni g d y !! nie jada do dzisiaj owoców, zaczęła ok 10-go roku życia jeść pizzę, lazanie i spaghetti, zalewając to wszystko coca colą i zagryzając czekoladą :)) potem doszedł ryż, kasza gryczana i jęczmienna ,płatki owsiane na mleku, naprawdę ma wąski repertuar kulinarny a wyrosła na naprawdę zdrową jak byk nie chorującą dorodna i zgrabną pannę ze zdrowymi nie psującymi się zębami :) i stabilną wagą aktualnie trenuje futbol amerykański ;)) naprawdę nie przejmuj się, a a dziecko mojej znajomej do 5 go roku życia jadało wyłącznie chleb z keczapem, i żyje do dzisiaj :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie już się nie przejmuję ;-)

      Usuń
  2. Bardzo ważny temat!
    Ja nie mam w domu niejadka. Wręcz przeciwnie. Lilia to mały głodomor i też sztywno trzymam się 5 posiłków dziennie i żadnego podjadania. No chyba, że jakaś suszona żurawina, czy inne niskokaloryczne przekąski.
    Ja w dzieciństwie mało jadłam. Do dziś tak mam.
    Jednak pamiętam dokładnie ile to się moi rodzice nagłowili, żebym zjadła cały obiad. W końcu zjadałam dla świętego spokoju. Nie bo chciałam i byłam głodna.
    Teraz sama jestem mamą i dawno się wyprowadziłam od rodziców to znowu partner mi narzeka przy stole, że mam więcej sobie nakładać :/. Zwariować można :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja mam chrześniaka niejadka. Jego ulubione dania to też parówki, chrupki, na szczęście mimo tak zróżnicowanego menu wyniki ma w normie. Natomiast moja Wiki je wszystko :). Kiedyś panikowałam że nie wypijała do końca mleka,teraz na szczęście sama mówi że jest głodna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas wyniki też były w normie, aż do pasma choróbsk. Trzy miesiące ciągłych infekcji i braku apetytu obniżyły Naciowi żelazo:-(

      Usuń
  4. Nigdy nie zmuszalam dziecka do jedzenie bo nie umrze z glodu i mnie tez nigdy nie wmuszali. I nie mam tez sztywnych zasad co do ilosci,skladu posilkow albo zakazu slodyczy. Pamietam jak dzieci mojej.starszej siostry siedxialy nad posilkiem po godzinie,poltorej....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie czyli i w naszych czasach to ma miejsce:-(

      Usuń
  5. Myślę, że masz bardzo zdrowe podejście. Dbasz o regularność posiłków, ale jednocześnie nie zmuszasz do przesiadywania nad talerzem zupy dwie godziny. U Nas wygląda to podobnie, pięć posiłków, zawsze jakiś owoc na podwieczorek, choć teraz zimą wybór niewielki, a zresztą Fiołek najchętniej jadłaby na zmianę tylko jabłka, gruszki i banany. Staram się też by przynajmniej cztery razy w tygodniu na obiad była zupa - ulubione są zupy kremy - wtedy Fiołek zje każdą :) Każda Mama powinna wypracować własny sposób i nic nikomu do tego. Mnie się zdarzyło dosłownie kilka razy użyć argumentu "albo zjesz, albo od stołu nie odejdziesz". Obiad znikał, ale ja pomyślałam sobie, że moje Dziecię nie odczuwa wtedy przyjemności z jedzenie i zaprzestałam.
    A na koniec taka "anegdota": niedzielny obiad u teściowej, dwoje dzieci - mój Fiołek i jej kuzyn, który podobno pięknie wszystko zjada jak jest w szkole. U babci nad obiadem miny, grymasy i coraz bardziej podniesiony głos jego mamy, że ma zjeść, bo nic innego nie dostanie i nie będzie zabawy. Negocjacje "to chociaż samo mięsko, to chociaż pół porcji". Nie skutkuje. Fiołek zjada ze smakiem swoją porcję, kuzyn odchodzi od stołu bez obiadu. A za chwilę jego mama sama podtyka mu pod nos czekoladę z jajka niespodzianki, które dzieci dostały od babci i uruchamia grę na telefonie, żeby się zajął. Myślę, że Ty ze swoją dbałością o Nacia jesteś super. Konsekwencja w naszych działaniach jest ważna, ale bez pewnego rodzaju tyranii, którą na pewno nie osiągniemy niczego dobrego.
    Pozdrawiam ciepło ;) i wybacz, że się tak rozpisałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana ja bardzo lubię długie wypowiedzi;-) Za takową dziękuję ;-) Dodam tylko, że ja także kładę nacisk na owoce i zupy. Nacio dam z siebie nigdy by nie poprosił, ale weszły już do "jego smaków" i zjada ze smakiem. A z zup uwielbia żurek! Z kiełbaską i jajem;-)

      Usuń
  6. Kiedyś czytałam o takim eksperymencie w jakimś szpitalu dziecięcym, gdzie zamiast dawać dzieciom gotowe posiłki ustawiono szwedzki bufet na którym były słodycze, warzywa itp. Dzieci maiły jeść co i ile chciały. No i pierwszego dnia, wiadomo ;) dzieci jadły same słodycze, ale już drugiego, trzeciego, nakładały sobie też np. buraczki. Czyli że dzieci nie są głupie, z głodu nie zginą ;) A z drugiej strony, zobacz jakie to myślenie mamy jako dorośli - jak dziecko je tylko pierś, to się nie zastanawiamy, ile zjada, bo nawet nie widać. A ono przecież rośnie, ma się świetnie. Potem maluszek zaczyna jeść jakieś zupki i nagle nam odbija, że nie zjadło tyle, ile trzeba, że się zagłodzi i zaczyna się wmuszanie. A przecież jeszcze miesiąc temu ono było w 100% samo odpowiedzialne za najadanie się, a teraz nagle co? Zgłupiało? Już nie wie ile ma zjeść? Ja też nie zmuszałam moich dzieci do jedzenia. I mają się świetnie, tak jak i Twój synek. Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Najlepsze rozwiazanie to zlobek albo pozniej przedszkole.Tam dzieci zjadaja wszystko od malenkosci i wcale sie nie wmusza w nie sila.Im wczesniej tym lepiej.Buraki,groszek,kukurydza,watrobka znika z talerzyka.a rodzice sie dziwia pozniej ze ich dzieci to zjadaja bo w domu nie ruszaja.w grupie przy "ciociach" jest inaczej.moja jak nie zje w domu to przynajmnij wiem ze zjadla w przedszkolu :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Skąd ja to znam.....u mnie jest to samo!moj maly stale zjada:parówkę, kanapkę na ciepło, paluszki rybne , frytki i serek.To jego stały jadlospis, w ogole nie rusza zup, ani dan obiadowych. Na początku bardzo się denerwowałam bo maly byl strasznie chudy,robilismy mu badania-jednak wyniki super!Nasza Pani doktor zalecila aby nie zmuszać do jedzenia-podtykać , może z czasem zechce sprobować....eh martwię się co będzie jak maly od wrzesnia pojdzie do przedszkola..:(

    Pzdr. Iwona O.
    Ps. mialam nadzieję, ze mdlości mnie ominą, jednak jak to mowią-nadzieja matką glupich...;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nasz też mały ;-) i chudy;-) Di tej pory jednak nie stanowiło to problemu. Natomiast trzy miesiące ciągłego chorowania i braku apetytu obniżyły mu nieco żelazo:-(

      Usuń
  9. "...za mamusię....za tatusia....za babcie...."" to juz zaczyna być przemoc:)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zdecydowanie się z Tobą zgadzam, w dzieciństwie zdarzało mi się parę godzin siedzieć przy stole bo Tata kazał. Mówił: " nie odejdziesz aż nie zjesz". Stresowało mnie to, bardzo, do tego stopnia, że kończyło się płaczem. Płacz kończył się kolejnym płaczem, ponieważ dostawałam w łeb nie mocno, ale na tyle żeby upokorzyć, mnie i tylko mnie. co chciał przez to pokazać? Nie wiem. i do dzisiaj nie zrozumiem. Obecnie jestem dorosłą kobietą starającą się o dziecko, niestety jak to mówią jak się chce to najtrudniej, ale walczymy, i już teraz wiem jedno nigdy ale to nigdy nie potraktuję mojego dziecka w ten sposób. On kazał jeść, ale nie nauczył niż pożytecznego, do dzisiaj nie lubię wiekszości potraw. Bardzo spodobał mi się Twój post. Ten i każdy inny zresztą bo czytam już długo.Pozdrawiam i zapraszam do siebie. dopiero zaczynam:) http://mamachcebyc.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  11. Oj, jakim ja była niejadkiem. Kotlety przez okno wyrzucałam- sąsiad przyłapał. Kanapki w kącie piwnicy gromadziłam (te szkolne)- w końcu zaczęły wydzielać woń i się wydało ;) Niestety byłam chuda jak szkapa, z anemią i chorowita, więc tego jedzenia nie chcieli mi odpuścić. Wątróbka i buraczki, to coś na co nie mogłam patrzeć. Teraz kocham jeść, mam wrażenie, ze muszę się najeść za tamte wszystkie lata! :D No i w ogóle nie widać po mnie, że byłam kiedyś tak dramatycznie chuda, niestety ;) Mój Mieszko jest przeciwieństwem mnie- bardzo lubi jeść. Zaczął marudzić dopiero ostatnio, wcześniej bez szemrania zjadał wszystkie warzywa, owoce, kaszę jaglaną itp. Wpływ ma też u na niego otoczenie- przy naszym stole zajada się surówkami np. buraczkami czy kiszoną kapustą. A Naśladując dzieci w p-lu -nie zjada surówek. Ciekawe czy tak mu zostanie, ta miłość do jedzenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mój syn do dziś nie polubił przedszkolnych zup, mimo że wszystkie dzieci wcinają :-)

      Usuń
  12. Pięknie napisane :) Dlatego ja też nie zmuszam do jedzenia, ani Luśki, ani tym bardziej Kudłatej. Słyszę co jakiś czas, że one takie chude i czy ja je karmię... otóż karmię, ale nie pasę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, bo przecież"otoczenie" wie najlepiej...Do szału mnie to doprowadza!

      Usuń

Ten blog jest moją własnością i to ja decyduję, co chcę na nim zamieszczać, dlatego Twój komentarz zostanie opublikowany, jeśli nie zawiera obraźliwych treści.